niedziela, 18 sierpnia 2013

1. Niewiedza



Panującą w mieszkaniu ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Josh wstał z kanapy, którą chwilę wcześniej dokładnie oczyścił z wszelkich plam oraz uporządkował rzeczy zalegające na niej od przeszło kilku tygodni. Zmęczony porządkami poczłapał w stronę źródła dźwięku. Spojrzał przez wizjer i po chwili przekręcił zamek w drzwiach. Przed nim stał przystojny brunet o ciemnej karnacji i pogodnych czekoladowych oczach. Trzymał w ręku zgrzewkę piwa szczerząc się do kolegi.
- Zayn, stary! Tylko mi nie mów, że reszta nie przyjdzie - odezwał się wyraźnie poirytowany chłopak.
- Reszta nie przyjdzie - oświadczył spokojnie tamten, a uśmiech nie zszedł nawet na moment z jego twarzy. Klepnął Josha przyjacielsko w ramię i wszedł do mieszkania, mijając gospodarza w drzwiach.- Nie ma co się złościć. Więcej będzie dla nas - postukał palcem w jedną z sześciu puszek dając tym do zrozumienia, iż zaistniały stan rzeczy wcale go nie przygnębia, wręcz przeciwnie,  na swój sposób raduje. Dwudziestoparolatek westchnął ostentacyjnie wyrażając tym samym dezaprobatę dla zachowania swojego młodszego towarzysza.
- Materialista - skwitował, zamykając drzwi, które wydały z siebie serię jęków. Poprowadził Zayna do kuchni. Gość postawił napoje na stole, a sam przysunął sobie najbliższe krzesło.  Rozejrzał się po pomieszczeniu z zaciekawieniem lustrując zawartość półek, na których oprócz cukierniczek, solniczek i tym podobnych przedmiotów znajdowały się również zdjęcia z różnych okresów życia ich perkusisty.
- O mój Boże, byłeś taki uroczy! - zażartował brunet na widok fotografii Josha kąpanego prawdopodobnie przez jego matkę w ogromnej wannie.  Chłopak odwrócił wzrok od przyrządzanych właśnie przekąsek i wyszczerzył oczy w zdumieniu.
- Myślałem, że się już tego pozbyłem. Mama musiała mi to podłożyć podczas ostatniej wizyty - skomentował. Przeraził się na myśl, ile jeszcze takich zdjęć posiada jego rodzicielka.
Po chwili Zayn chrząknął chcąc zwrócić uwagę pogrążonego w myślach chłopaka przesypującego właśnie chipsy do dwóch pojemnych misek.
- Muszę skorzystać z toalety - wyjaśnił Mulat podnosząc się z wygodnego siedzenia.
- Idź w stronę wąskich schodków prowadzących na półpiętro. Kiedy wyjdziesz po nich, skręć w lewo. Tam od razu są drzwi do łazienki. Po prawej stronie jest tylko duże okno, więc raczej się nie pomylisz - wytłumaczył szatyn.- Nie wiem, czy wspominałem, ale mieszka ze mną jeszcze Jack, to rodzina. Jednak mało prawdopodobne, że się po drodze spotkacie. Rzadko kiedy wychodzi z pokoju.
- Rozumiem.  Włączyć po drodze telewizor? O której dokładnie mecz się zaczyna?- odezwał się wychodząc już z pomieszczenia.
- Jeszcze nie. Mamy jakieś pół godziny zanim zaczną go transmitować - usłyszał odpowiedź Josha będąc już w pobliżu schodków. Pokonując pierwsze stopnie spojrzał w górę. Półpiętro pogrążone byłoby w zupełnej ciemności, gdyby nie duże okno po prawej stronie. W kontach parapetu znajdowały się kolejne zdjęcia, których jednak z tej odległości nie był w stanie dokładnie obejrzeć. Naprzeciwko  miał ciemne, dębowe drzwi, sprawiające mroczne wrażenie, które zapewne prowadziły do pokoju tajemniczego Jacka. ‘Dziwne, że Josh dopiero teraz o nim wspomniał’ pomyślał kończąc swoją wspinaczkę po schodach.  Ruszył w lewo, według instrukcji przyjaciela. Otworzył drewniane drzwi ze szklanym witrażem po środku.  Znalazł się w dość przestronnej łazience, oświetlonej teraz jedynie małym owalnym oknem. Rozejrzał się w poszukiwaniu kontaktu. Chwilę później pomieszczenie oblała poświata bijąca z lampy w suficie. Zayna przeszedł dreszcz niepokoju. Może był on spowodowany ciszą jaka nieustannie panowała w tej części kamienicy. Brunet pomyślał, że współlokator ich perkusisty musi być bardzo spokojny. Pewnie nie sprawia żadnych kłopotów. Uśmiechnął się na wspomnienie swoich wybryków sprzed wstąpienia do zespołu. W swoich rodzinnym mieście był uważany z „Bad boya”. Nigdy nie walczył z tą opinią, która poniekąd mu pasowała. Jednak, kiedy znalazł się z chłopakami z One Direction wyśmiali go. Uważali, że taki spokojny i nieśmiały facet jak on, nie może być tym „niegrzecznym”.
 Przejrzał się jeszcze w lustrze wiszącym nad umywalką. Przeczesał ręką swoje gęste włosy. Chwycił za klamkę i pociągnął. Przez chwilę szarpał się, gdyż ta nie chciała ustąpić. Gdy się mu to w końcu udało,  drzwi otworzyły się lekko skrzypiąc. Nagle serce zaczęło mu bić w oszałamiającym tempie. W półmroku dostrzegł sylwetkę jakiejś dziewczyny siedzącej na parapecie okna. Jej długie włosy swobodnie opadały kaskadą na plecy. Postać nie wydawała żadnych dźwięków ani nie poruszała się. Zayn zdławił w sobie chęć wrzaśnięcia na całe gardło. Poczuł, że ręce zaczęły mu się pocić, a na ciele wystąpiła gęsia skórka. Mulat nie chciał wyjść na paranoika wszczynając alarm bez konkretnego powodu. To mogła być koleżanka tego całego Jack’a. Josh po prostu zapomniał go o tym poinformować. Tak sobie tłumacząc kierował się w stronę tajemniczej dziewczyny. Kiedy znalazł się dostatecznie blisko przyjrzał się uważniej postaci, która w dalszym ciągu była odwrócona do niego tyłem i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar się z nim pierwsza przywitać.
- Cześć. Jestem Zayn, przyszedłem do Josha i...-przerwał, kiedy uświadomił sobie, że dziewczyna najwyraźniej nie wykazuje zainteresowania zawarciem znajomości. Na chwilę odwrócił głowę w kierunku schodów i podjął ostatnią próbę nawiązania kontaktu z napawającą go przerażeniem osobą. Ostrożnie musnął ramię długowłosej nieznajomej. Nagle jej tułów  bezwładnie opadł ukazując twarz o pięknych, delikatnych rysach. Zszokowany brunet nie mogąc dłużej tłumić swych emocji, krzyknął. Oczy dziewczyny były zamglone, ciało zwiotczałe. Pierwsze co przyszło Zaynowi na myśl, to to, że ma przed sobą martwą osobę. Chwilę potem usłyszał  jak ktoś wbiega po schodach. Kilka sekund później oglądał zmartwioną postać Josha biegnącego w ich stronę. Starszy chłopak zaczął kląć pod nosem, kiedy brał w swoje ramiona kruche ciało nieprzytomnej brunetki. Zdążył tylko krzyknąć: „Chodź” do swojego towarzysza i już gnał z powrotem na dół. Zayn nie myśląc dłużej pobiegł za chłopakiem. Znalazł go wraz z tą dziewczyną w salonie. Josh próbował ją obudzić. Poklepywał ją po policzkach, błagał by otworzyła oczy, wachlował gazetą, którą znalazł na stoliku. W pewnym momencie brunet usłyszał jak przyjaciel woła od niej po imieniu… Jack. ‘To był ten Jack? Co tu się dzieje?’ Zaynowi zawróciło się w głowie. Jednak teraz ważniejsze, żeby biedaczka odzyskała przytomność.
- W czym mogę pomóc?- zapytał zdenerwowanego chłopaka.
- Przynieś wodę, cokolwiek!- prawie wrzasnął na niego zdesperowany dwudziestoparolatek, nie przestając machać gazetą nad Jack. Mulat jak najszybciej pobiegł w stronę kuchni o mało nie potrącając przy tym donicy z jakimś kwiatem w korytarzu. Chwycił dwulitrową  butelkę wody mineralnej stojącej na kredensie i już zmierzał w powrotną drogę. Od drzwi pokoju rzucił Joshowi napój i tamten nie zwlekając wylał troszkę na twarz nieprzytomnej dziewczyny. Jej oczy nagle zaczęły szaleńczo mrugać. Pozbyła się resztek wody spływającej jej po twarzy kilkoma precyzyjnymi ruchami rąk. Obydwóch młodzieńców odetchnęło z ulgą.
- Ale mi napędziłaś strachu - Josh zaśmiał się nerwowo, odgarniając jej kilka kosmyków z bladego czoła. Dziewczyna spojrzała na niego pustym wzrokiem i niepewnie wstała. Już miała odejść, jednak szatyn mocno chwycił ją za nadgarstek.- O nie, nie! Teraz pójdziemy do kuchni coś zjeść. Założę się, że znowu mnie nie posłuchałaś i głodowałaś prawie cały dzień.
 Co Zayna zdziwiło, Jack znowu nie odezwała się ani słowem i nie zwracając uwagi na gościa, jakby dalej nieprzytomna, podążyła za chłopakiem, prowadzącym ją do pokoju obok. Zafascynowany dziewiętnastolatek ruszył za nimi. W kuchni Josh przygotował swojej kuzynce płatki z mlekiem i usiadł obok niej czekając, aż ta zacznie swoimi powolnymi ruchami wkładać łyżkę z jedzeniem do ust. Uśmiechał się do niej i opowiadał jak minął mu dzień, co robił, co grał, o czym myślał. Jednak ona patrzyła tępo w ścianę kuchni. Bez wyrazu. Bez życia.
- Co jej jest?- zapytał Zayn patrząc na pozbawioną jakiejkolwiek emocji twarz Jack.
Josh przestał na chwilę obserwować poczynania dziewczyny i ze smutkiem spojrzał na swojego przyjaciela.
- Ona… nie mówi Zayn. Ona nic nie robi - odpowiedział zdławionym głosem. Wyraźnie nie mógł się z tym pogodzić.- Prawie do wszystkiego trzeba ją nakłaniać. Potrafi przesiedzieć kilka godzin wpatrując się w jakiś punkt. Jest jak w transie. Rodzice poprosili, żebym się nią zaopiekował. Miałeś z nią najlepszy kontakt, twierdzili. Co miałem zrobić? Przygarnąłem ją. Ktoś powie, że nie sprawia kłopotów. Najgorsze jest to, że to prawda. Jest jak roślina. Ona po prostu egzystuje. Jeśli jej nie podlejesz, to uschnie. Czasami zapomina jeść. Nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy jest na tyle przytomna, żeby otworzyć lodówkę i coś sobie przygotować. Ja muszę wyjść rano do pracy. Jack tutaj zostaje. Sama. Przypominam jej, żeby zrobiła to i to, ale kiedy zapomni…- w oczach chłopaka zbierały się łzy.- kiedy zapomni dzieje się coś takiego jak dzisiaj. Nie chcemy jej oddać do obcych, którzy mieli by się nią „dobrze” zająć. Mamy świadomość jak traktują takie osoby. Raz na miesiąc przychodzi do niej psychiatra. Wiesz jak to jest, gdy za każdym razem powtarza „Nie ma poprawy”? Człowiek łudzi się, że ona w końcu się odezwie, zareaguje, sama zawalczy o swoje życie. Pamiętam kiedy byliśmy mali. To ona wszystkimi kierowała, wszystkich pocieszała, wspierała, rozśmieszała. Teraz przyszła moja kolej i… ja nie daję rady - Josh zakrył twarz dłońmi. To było dla niego bardzo trudne i Zayn miał wyrzuty sumienia, że poruszył ten temat. Mimo to wciąż nie wiedział co się tak naprawdę stało.
- Co spowodowało…- przerwał zastanawiając się jak powinien określić stan dziewczyny.
- Chorobę?- dokończył towarzysz.- Kiedy miała dziesięć lat… ktoś zamordował jej rodziców. Jack była tego świadkiem.
Brunet nie wiedział co powiedzieć. Nie mógł uwierzyć, że ktoś mógł się wykazać takim okrucieństwem i pozbawić małe dziecko obojga rodziców. To musiał być potwór, a nie człowiek, pomyślał. Spojrzał znowu na Jack tym razem bacznie przyglądając się każdemu jej ruchowi. Przy uważnej obserwacji można było dostrzec, iż robi to wszystko sztywno niczym maszyna. Nie zareagowała słysząc ich rozmowę. Nawet nie odwróciła głowy.  
- Nie da się jej pomóc, Josh? – zapytał nie mogąc pogodzić się, że ktoś taki jak Jack zostanie już na zawsze bezduszną karykaturą dawnej siebie.
-Jak?! Wszyscy mówią, że to ona sama musi chcieć z tego wyjść, z tej cholernej skorupy! Tylko, że Jack najwyraźniej, to zupełnie nie obchodzi. Codziennie próbuję nawiązać z nią kontakt, ale ona nie reaguje. Zachowuje się jakby żyła w innym świecie… ograniczonym, małym, pieprzonym świecie. Tracimy nadzieję, że to kiedykolwiek się zmieni.
 Zayn przełknął ślinę. Jeszcze nigdy nie widział tego chłopaka w takim stanie. Jednak na dziewczynie kończącej jeść, nie wywarło to żadnego wrażenia. Odsunęła krzesło i wzięła pusty talerz do ręki. Niosła go w stronę zlewu, jednak upuściła kilka centymetrów przed celem. Naczynie pękło na kilka kawałków. Jeden z nich otarł się o nogę Jack, powodując, że na nodze pojawiła się czerwona pręga. Nieprzejęta niczym dziewczyna wyszła spokojnie z pomieszczenia. Po chwili słychać było jej kroki na ciemnych schodach. Dziewiętnastolatek zdziwił się, gdy szatyn spokojnie pozbierał resztki talerza na szufelkę i wrzucił je do kosza.
- Pozwolisz jej tak odejść? Okaleczyła się, może trzeba jej to czymś zalać – odezwał się Zayn, nie rozumiejąc jak można się tak po prostu poddać.
- Przepraszam Cię stary, ale co ty możesz o tym wiedzieć?! – wykrzyczał mu w twarz nagle cały czerwony od złości Josh. – Nie widzisz, że ona jest chora psychicznie? Przyszedłeś, zobaczyłeś i już myślisz, że masz na wszystko gotowe odpowiedzi. Jesteś genialnym naukowcem, który potrafi ją wyleczyć? Nie? To jakim prawem, mówisz mi co mam robić. To nie jest takie łatwe, jak myślisz! –zszokowany brunet przyjął na siebie wszystkie zniewagi płynące z ust przyjaciela. Kiedy tamten skończył, chłopak ruszył w kierunku drzwi wejściowych.
-Masz rację.- mruknął chwytając za klamkę. – Gówno wiem.
Wyszedł trzaskając drzwiami. Nie usłyszał już, kiedy postać w kuchni cicho szepnęła „Przepraszam”. 





*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_

W końcu pojawił się pierwszy rozdział! Przepraszam, że zabrało mi to tyle czasu. Czuje się z tym okropnie, ale nie dałam rady dodać wcześniej, ponieważ byłam przez pewien czas pozbawiona Internetu...
Co do prologu!  Byłam szczerze zdumiona, że aż tak wiele się Was tutaj pojawiło w tak krótkim czasie. Każdy komentarz sprawił mi ogromną przyjemność. Mam nadzieję, że będzie tak dalej ;) Proszę komentujcie, jeśli już to czytacie. Naprawdę mi to pomaga!
Jeszcze raz przepraszam za to opóźnienie.

A.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Prolog



*Dziewięć lat wcześniej*

Dopiero przeraźliwy krzyk konających u jego stóp dwojga niewinnych osób uświadomił mu co zrobił. Jeszcze chwilę temu był pewny swojego czynu. Nie miał innego wyjścia. Nikt nie chciał mu pomóc. Siedział w tym bagnie po uszy. Był zadłużony, ale czy to był wystarczający powód, żeby zamordować tę dwójkę? Spojrzał na kanister wypełniony żrącym kwasem oraz na trzymany w prawej ręce rewolwer. Oszalał, nie było innego wytłumaczenia. Pierwsza łza przetarła szlak dla następnych, które zaczęły niespodziewanie gromadzić się w jego oczach. To nie tak miało być. Chwycił się za włosy, zapominając o trzymanej w ręce niebezpiecznej substancji. Kwas wylał się z pojemnika wprost na klatkę piersiową mężczyzny. Zawył z bólu i żalu jaki rozsadzał jego duszę. Kiedyś był normalny, co się z nim stało? ‘Jesteś bestią!’ krzyczał nie mogąc uspokoić oszalałego bicia serca. Rozglądnął się po otoczeniu. W oknie na parterze domu, do którego zmierzała umierająca teraz para zobaczył twarz dziecka. Nazywała się Jack. Czekała dzisiaj z niecierpliwością na powrót rodziców, którzy musieli załatwić sprawy służbowe. Wyglądała przez to okno, nie mogąc się doczekać chwili, gdy znowu ich przytuli, gdy mama opowie jej najzabawniejsze momenty z wyjazdu, gdy tata zapyta, czy aby na pewno dobrze się zachowywała podczas ich nieobecności, gdy znowu będą razem. Około godziny szesnastej także siedziała na parapecie okna, podziwiając błękit nieba. Bardzo się ucieszyła widząc znajomy samochód zmierzający w stronę ich podjazdu. Nic jednak nie była wstanie zrobić, kiedy ktoś wybiegł zza zakrętu oblewając ukochane sylwetki nieznaną substancją. Jej histeryczny krzyk postawił na nogi drzemiącą babcię, która gdy tylko ujrzała scenę rozgrywającą się na zewnątrz zakryła oczy wnuczki. Usiłowała ją odciągnąć, lecz Jack chciała tam zostać, przecież rodzice zaraz wstaną i ruszą do drzwi. Oni będą żyć! Tata zawsze jej powtarzał, że nie tak łatwo ich złamać. Starsza kobieta rzuciła się do telefonu spoczywającego na drewnianej szufladzie. Jednak było już za późno. Nabrała pewności, słysząc dwa, kolejno po sobie następujące wystrzały. Blade ręce dziewczynki napierały na szybę. Krzyczała tak głośno, jak pozwalały na to jej małe płuca. Tymczasem do okna zbliżał się chwiejnym krokiem morderca. Kiedy znalazł się dostatecznie blisko spojrzał swoimi szeroko otwartym, zakrwawionymi oczami na dziesięciolatkę, wyciągając pomarszczoną rękę w stronę miejsca, gdzie po drugiej stronie stała Jack.
'Wybacz' szepnął swoje ostatnie słowo po czym uniósł pistolet do głowy i wycelował. Wrzask dziewczynki przypominał wycie zranionego zwierzęcia. Babcia nie zdążyła dobiec, aby odciągnąć ją od tego strasznego widoku. Była za słaba, psychicznie i fizycznie. Wiedziała, że będzie się obwiniać do końca życia. Jack, tak wyraźnie wołała o pomoc, której w tej chwili nie była w stanie zapewnić. Jeszcze nie wiedziała, że to ostatni raz, w którym słyszy głos swojej wnuczki.

Nagle zapadła cisza.







*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*

Pojawił się prolog. Mam nadzieję, że się spodobał. Piszcie w komentarzach swoje opinie, bo to naprawdę motywuje do dalszego towrzenia :)
A.