czwartek, 30 lipca 2015

19. Tiffany



Spojrzała przez szybę samochodu na rozciągające się przed nią widoki, ujawniając swoje ciche zainteresowanie. Westchnęła, zobaczywszy wielkie połacie zieleni, pozbawione nowoczesnej obróbki w postaci szarych i ponurych budynków mieszkalnych, obrzydliwych fabryk, czy wielkich, przerażających galerii handlowych. Rozpościerał się przed nią świat bez tłumu, hałasu, brudu, pyłu i kurzu. Mimo iż Jack nie wychodziła często ze swojego mieszkania w Londynie, była wdzięczna za to, że właśnie teraz znalazła się w takim miejscu jak to. Poczuła się uwolniona od jakiejś niewidocznej plamy, która zanieczyszczała jej duszę. Oddalona od miejsca, gdzie zakończyła swoją historię z Nicością, poczuła wreszcie coś na kształt prawdziwej wolności. Nagle zdała sobie sprawę, że w Londynie, w którym przebywała, potrafiła jedynie żegnać. Dlatego temu miejscu postanowiła powiedzieć „witaj”, cokolwiek na nią tutaj czekało. Była gotowa na nowe początki.

Dziko rosnące drzewa i krzewy oraz asfaltowa droga, ustąpiły miejsca drzewom owocowym i polnej drodze. W przedniej szybkie kilkadziesiąt metrów dalej można było dostrzec fragment domu. Im bliżej byli, tym większa część budynku stawała się widoczna. Oczom przyjaciół ukazał się średniej wielkości, drewniany dom, z ciemnym i niezbyt szpiczastym dachem. Fragment frontowej ściany został pochłonięty przez bluszcz, który swobodnie zapuszczał się coraz dalej, powoli tworząc kolejną , naturalną warstwę. Białe okiennice kontrastowały z mocnym, ale przyjemnym dla oka brązem desek.
- Jesteśmy na miejscu?  – upewnił się Niall, parkując na podjeździe.
- Tak, to tutaj - przytaknął Zayn, sprawdzając coś ostatni raz w telefonie.
Wysiedli ostrożnie z samochodu. Brunet pomógł Jack wydostać się na zewnątrz. Rozejrzała się dookoła. To samo po chwili uczynił Zayn. Wydawało się, że znajdują się tutaj całkiem sami. Mimo iż teren był nizinny, dopiero gdzieś tam dalej chłopakowi udało się dostrzec inne domy. Już zapomniał o tym, jak było tutaj pięknie.
- Mam nadzieję, że do sklepu nie będzie trzeba jechać kolejną godzinę – mruknął Niall i podrapał się w zamyśleniu po głowie.
- Z tego co pamiętam nie było, aż tak źle – pocieszył go przyjaciel.
Nagły trzask drzwi, zwrócił uwagę wszystkich. Skierowali swoje spojrzenia z powrotem na dom, a konkretnie na jego frontowe wejście, skąd właśnie wyszła kobieta, energicznie wymachując rękoma. Zbliżając się do trójki przybyszów, uśmiechnęła się serdecznie i rozłożyła ramiona, gotowa uściskać każdego po kolei. Tak też się stało.
- Witajcie! – zawołała i podparła ręce na biodrach. Była to kobieta koło sześćdziesiątki, średniego wzrostu. Mimo widocznych oznak starości, jej uśmiech sprawiał, że wydawała się o wiele młodsza. Miała długie siwe włosy, splecione teraz w dwa luźne warkocze. Ubrana była w czerwoną koszulkę oraz ogrodniczki z jasnego dżinsu, które zdawały się zdecydowanie za szerokie w paru miejscach. Jej lewą rękę zdobiła pokaźna ilość kolorowych bransoletek. Jednak to, co zaniepokoiło Zayna, był fakt, że w centralnej kieszeni na klatce piersiowej, przechowywała… papugę. Kobieta wyłapała zdziwione spojrzenie bruneta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż do tej pory. – Bez obaw. Jest wypchana.
- Ach, no tak – odpowiedział ani trochę nieprzekonany chłopak, który jednak zaczynał sobie przypominać o pewnych dziwnych historiach, jakie posiadał z wcześniejszych pobytów w tym miejscu.
- Jeśli mogę spytać, po co pani wypchana papuga w kieszeni? – odezwał się Niall, nie ukrywając swojej ciekawości, co do nietypowej sytuacji.
- Mój kot ma niesłychaną słabość do polowania na Felicitę – wypowiadając imię, wskazała palcem na ptaka, patrzącego w dal swymi nieruchomymi oczami. – Chcąc uchronić ją od uszczerbku na zdrowiu, jeśli można mówić o takim, w przypadku martwego zwierzęcia, wzięłam ją z półki i postanowiłam znaleźć dla niej nowe miejsce, kiedy usłyszałam wasz samochód. No i tak oto wylądowała tutaj. – Wzruszyła ramionami, kończąc tym samym historię.
- Hm – podsumował blondyn, powstrzymując się od śmiechu.
- Zanim zapadnie niezręczna cisza, której nawiasem mówiąc, szczerze nienawidzę, przedstawię się. Oczywiście Zayn już mnie zna, choć nie widzieliśmy się szmat czasu! Jednak nie zapominajmy o dwójce nieznajomych, którzy, jestem pewna, nie długo staną się moimi dobrymi przyjaciółmi.  Szanowni Państwo, przed Wami Tiffany Virginia Duff, najlepsza matka dwójki dzieci, którzy gdzieś tam, odnajdują się w życiu i czasem przypominają sobie o swych korzeniach, wdowa po ­mężczyźnie, którego zwykła nazywać najbardziej uroczym nieudacznikiem świata, niesamowicie utalentowana, acz niedoceniona piosenkarka, emerytowana wybitna nauczycielka, za którą płaczą wszystkie dzieci w pobliskich szkołach, a prywatnie występuje pod nazwą darmowego, miejscowego psychologa-amatora. Do usług – dygnęła, niczym średniowieczna dama dworu i machnęła raz i drugi swoimi warkoczami.
Niall potrzebował chwili czasu, żeby przyswoić te wszystkie informację, a także wyjść z osłupienia, w jaki wprowadziła go ta niezwykle żywa osobowość. Nie tego spodziewał się z opisu, jaki zaserwował mu w skrócie Zayn. Nie przygotował go na taką radosną, ekscentryczną i pełną entuzjazmu ewentualność. Spojrzał przez chwilę na niepewnie przestępującą z nogi na nogę Jack i pomyślał, że w zasadzie może wyjdzie im to na dobre. Zayn przedstawił dwójkę przyjaciół, dłużej zatrzymując się przy opisie dziewczyny. Tiffany przyglądała jej się z zainteresowaniem, jakby właśnie odkryła nowy gatunek zwierzęcia, który chętnie by wypchała i postawiła na półce, ku uciesze swego kota. Matka Zayn’a już kilka dni wcześniej zadzwoniła do niej i wyjaśniła sytuację, jednak ona chętnie usłyszała wersję z ust młodego mężczyzny. Skinęła głową, kiedy skończył i wskazała ręką frontowe drzwi.
- W takim razie, zapraszam do środka – powiedziała i zaproponowała swoją pomoc w noszeniu bagażu, jednak chłopcy szybko zapewnili ją, że w zupełności sobie sami poradzą. Za to poprosili Tiffany, aby zajęła się Jack, która wyglądała, jakby zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Starsza kobieta wesoło wzięła dziewczynę pod ramię i od razu zaczęła opowiadać jej jedną ze swych historii, w ogóle nie zwracając uwagi, czy wzbudza to u jej towarzyszki jakiekolwiek emocje.
Kiedy się oddaliły, Niall i Zayn ruszyli w stronę bagażnika, gdzie wcześniej tego dnia schowali bagaże.
- To będzie interesujące – stwierdził blondyn, sięgając ręką po swoją walizkę.
- Zdecydowanie – zgodził się przyjaciel, wyciągając dobytek swój i Jack.
Przekraczając próg domu, spojrzeli na siebie, jakby oboje pomyśleli o tym samym. Dopadło ich uczucie o czymś nadchodzącym i nieuniknionym. Coś się miało tutaj stać. Wyglądało na to, że obaj to „coś” poczuli. Podświadomie wyprostowali się i przybrali stanowczy wyraz twarzy. Czekała na nich nowa przygoda. Gdzieś w głębi domu, usłyszeli stłumione dźwięki zegara-kukułki. Było południe. Zayn pierwszy zrobił krok do przodu.


***

Wieczorem wszyscy znaleźli się w kuchni i popijali gorącą herbatę z miodem i cynamonem. Jedynym źródłem światła była mała lampka, która zwisała tuż nad stołem, przy którym zasiedli. Ich siorbaniu, towarzyszył jedynie szum drzew na zewnątrz oraz subtelne tykanie zegara wewnątrz domu. Przyjechali tu dopiero kilka godzin temu, ale wydawało się, jakby znaleźli się na jakiejś odległej wyspie, gdzie czas nie działa tak jak w rzeczywistości. Wszystko jakby zwolniło, nabrało kolorów. Chociaż pewnie nie byli tego świadomi, cała trójka wydawała się spokojniejsza i jakby oddychała z ulgą. Znaleźli przystań, tak właśnie by to ujął Zayn. Podziękował w duchu swojej mamie za to, że przypomniała mu o tym miejscu, a przede wszystkim o Tiffany Virginii, która była tak ciepłą, uprzejmą i pozytywną osobą, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto by jej dorównał. Nie omieszkał również zauważyć, że tych cech tak bardzo potrzebuje Jack w swoim życiu. Doświadczenie znajomości z taką właśnie osobą, będzie idealną okazją dla dziewczyny na to, by jeszcze bardziej otworzyć się na świat i ludzi, którzy ją otaczają. W tamtej chwili był pełen nadziei. Mieli dobry start.
- Stary, już żałuję, że będzie tutaj tylko pięć dni. To miejsce wydaje się dosłowne magiczne – wyszeptał Niall i uśmiechał się bardziej do swoich myśli niż do Zayna.
- Miło mi to słyszeć – odpowiedziała mu kobieta, która wydawała się mieć słuch doskonały. Mimo iż była zajęta przyrządzaniem kolacji, nie umknęły jej uwadze słowa Irlandczyka. Odwróciła się w ich stronę i postawiła na stole talerze pełne kanapek różnego rodzaju.
- Jedzcie, proszę. Pozwólcie, że ja pozostanę przy herbacie. Nie przepadam za wieczornymi posiłkami – uśmiechnęła się i usiadła przy stole wraz nimi, przysuwając w swoją stronę cukiernicę.
Niall sięgnął po talerzyk dla siebie i zgarnął jedną z kanapek. Kilka sekund później zajadał z apetytem, rozkoszując się nie tylko smakiem białego sera ze szczypiorkiem, ale także tą krótką chwilą zwyczajnego, czystego szczęścia. Dawno się tak nie czuł. Uświadomił sobie, jak bardzo mu czegoś takiego brakowało.
Zayn bardziej rozważnie podszedł do sprawy. Wziął dwa talerzyki: jeden dla siebie, drugi natomiast postawił przed Jack. Przysunął kanapki  w jej stronę i nawiązał z nią kontakt wzrokowy.
- Którą chcesz? – zapytał. Jack spojrzała na jedzenie, jakby rzeczywiście ją to zainteresowało. Tiffany patrzyła uważnie na poczynania młodej dziewczyny. Ta dopiero po dwóch minutach ciszy, wyciągnęła wolno rękę i wybrała upatrzoną kanapkę, następnie kładąc ją na swój talerz.
- No, no – odezwała się kobieta. – To była szybka decyzja.
Zayn i Niall się uśmiechnęli.
- No tak, Jack do zdecydowanych i stanowczych osób raczej nie należy – odpowiedział Zayn, nakładając sobie kilka kanapek.
Jack podniosła głowę i spojrzała badawczo na bruneta. Wyglądała tak, jakby miała mu za złe to, co przed chwilą powiedział. Zayn omal się nie zakrztusił.
- Bez urazy, Jack. Serio, przepraszam, to tylko żarty – szybko dodał i przygarbił się, wlepiając spojrzenie w stół, jednak nadal lekko się uśmiechał.
Dalsza część kolacji minęła im w spokoju, przy akompaniamencie śmiechów i rozmów Tiffany, Niall’a i Zayna oraz tajemniczej ciszy Jack.

Stanowcza i zdecydowana, taka właśnie się stanie. Jack postanowiła dłużej nie zwlekać. Wzięła głęboki wdech i przeszła korytarzem swojej wyobraźni do pokoju, który do tej pory był zamknięty. Wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi, na których wisiała tabliczka „zmiany”. Z zaciętym wyrazem twarzy otworzyła je. Musiała aż zmrużyć oczy, ponieważ światło, tkwiące tam do tej pory, rzuciło jaskrawy, mocny, ale przede wszystkim przyjemny blask na jej twarz.

- A to jest właśnie twój pokój – właścicielka domu, właśnie pokazywała Jack pomieszczenia, prowadząc ją wolno pod rękę. Mimo stanu w jakim znajdowała się dziewczyna, Tiffany to nie przeszkadzało, co zresztą przyjęła z ulgą. Wcześniej martwiła się trochę tą sytuacją, nie wiedziała, czy sobie poradzi. Znowu.
Tak, Tiffany Virgina Duff miała już doświadczenie z problemem zamknięcia się w sobie. Jej syn, teraz już trzydziestoletni niezależny podróżnik, w wieku 11 lat zaniemówił. Najgorsza była świadomość, że nie istniała żadna zdrowotna przeszkoda, uniemożliwiająca mu porozumiewanie się. Po prostu przestał mówić. Oczy zapiekły ją od samego myślenia o tej sprawie sprzed lat. Na szczęście na ich drodze stanęła wspaniała pani doktor, która wprowadziła rodzinę w zagadnienia chorób i zaburzeń psychicznych. Razem odnaleźli źródło odcięcia się od rzeczywistości Steven’a i zdołali odzyskać swojego syna. Kiedy więc zadzwoniła do niej Trisha, mama Zayna, nie potrafiła odmówić. Nawet jeśli miała wątpliwości, chciała jakoś pomóc. Chodząc tak teraz z Jack, czuła się jakby stał obok niej on, nie ta piękna, zagubiona dziewczyna, ale jej malutki synek, który swoimi błękitnymi oczami próbował wyrazić to, czego nie mógł powiedzieć. Więc kiedy pokazywała Jack pokój Steven’a, kilka łez spłynęło jej po pomarszczonych policzkach. Szybko je starła.
- Proszę, twoje łóżko – puściła jej ramię i pozwoliła, aby dziewczyna sama się rozejrzała po pokoju. Obserwowała jak Jack wolno podchodzi do ogromnego okna, zajmującego niemal jedną trzecią ściany, i przygląda się granatowi nieba, na którym jarzyły się pojedyncze plamki gwiazd, a w ich centrum rogalikowa postać Księżyca. Dziewczyna stała i patrzyła jak zaczarowana, w tym samym czasie Tiffany wyciągnęła z jednej z szuflad kilka rzeczy, które wcześniej przygotowała dla swojego specjalnego gościa. Podeszła do brunetki i położyła jej dłoń na ramieniu. Jack wzdrygnęła się i spojrzała na kobietę, stojącą obok, obserwującą niebo z oczami równie rozmarzonymi jak jej.
- Przygotowałam dla ciebie kilka małych podarunków, które, mam nadzieję, ci pomogą – zaczęła starsza pani. – Po pierwsze, słyszałam, że piszesz na kartkach to, co chcesz powiedzieć. Dla tego – tu zatrzymała się, by wybrać odpowiedni przedmiot. W prawej dłoni trzymała jaskrawoniebieski prostokąt wielkości zeszytu w formacie A4 w środku, którego był biały obszar, po bokach zaś miał kilka guzików. – Znikopis. Wiem, że to dla dzieci i rozumiem, że kolor nie jest najdelikatniejszy, ale myślę, że świetnie się nada, jeśli chciałabyś coś przekazać któremukolwiek z nas, ponieważ… - w tym momencie wyciągnęła z boku tabliczki przyczepiony do niej długopis i narysowała szlaczek. Po chwili przesunęła guzik obok i napis zniknął. – jak widzisz można szybko i sprawnie się nim posługiwać bez używania czegokolwiek innego. Jednak, gdybyś nie była przekonana do tego sposobu, kupiłam także kilka notesów oraz zapas ołówków i długopisów. – To mówiąc postawiła na parapecie kolejne rzeczy. – Co tu jeszcze mam… aha! Mój zapasowy telefon komórkowy. Ale to chyba akurat przekażę Zayn’owi, bo on ci to lepiej wytłumaczy i może przekona do jego używania. Naprawdę czułabym się o ciebie bezpieczniejsza z myślą, że wiesz, jak nas zaalarmować, jeśli coś złego by się działo. I ostatnią rzeczą, jaką pragnę ci teraz dać, jest ta płyta.
Aluminiowy krążek odbił mdłe światło żarówki w pokoju, a na jego powierzchni pojawiły się kolory tęczy. Kobieta trzymała go między palcami tak delikatnie i z namaszczeniem, jakby był czymś więcej niż tylko przedmiotem codziennego użytku.
- Pewnie zastanawiasz się teraz, co w niej jest takiego niezwykłego? Otóż, moja droga, masz przed sobą jedną z najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Nagrany został na niej moment, w którym mój czternastoletni syn po trzech latach milczenia znowu się odezwał. A oto co chcę Ci teraz powiedzieć. Schowam tę płytę, ale ty masz do niej dostęp, kiedy tylko zapragniesz. Możesz do mnie nawet przyjść w nocy o trzeciej nad ranem, a ja wstanę i bez słowa puszczę ci to nagranie. Nie mam pojęcia, co teraz myślisz. Może ten pomysł wydaje się głupi i bezsensowny, a może nie. Wybór należy do ciebie, bo ja jestem gotowa ci udowodnić właśnie tym filmikiem, że wszystko, dosłownie wszystko jest możliwe. Mój Steven dużo mi  później opowiadał, co się z nim działo wciągu tych trzech lat i jestem pewna, że być może już niedługo i ty, jeśli tylko zechcesz, podzielisz się swoją historią ze swoimi bliskimi. To tyle, Jack. Dobranoc.

W pokoju jakby nagle światło przygasło. Lecz żarówka nadal świeciła tak samo jak przedtem. To po prostu Tiffany stąd wyszła.

***
Zayn wyszedł na zewnątrz i oparł się o drewnianą barierkę. Wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer z listy kontaktów. Po dwóch sygnałach usłyszał, że ktoś odbiera połączenie.
- Mamo, nie wiedziałem, że syn pani Tiffany przeżył praktycznie to samo co Jack. Teraz rozumiem, czemu tak nalegałaś, żebyśmy przyjechali właśnie tutaj. Dziękuję.
- Od tego są matki, żeby się na coś przydawać. Tylko dzwoń do mnie i pamiętaj, żeby zdawać mi raporty, jeśli zdarzą się jakieś kolejne przełomy i sukcesy.
- Jasne, będę cię informował na bieżąco – obiecał. - Dlaczego nie powiedziałaś mi tego przed wyjazdem?
- Uważam, że o takich historiach powinno się dowiadywać z pierwszej ręki, od osób bezpośrednio w to zaangażowanych. Ja i tak nie potrafiłabym tego przekazać w sposób w jaki zrobiła to Tiffany. Mam rację? – zaśmiała się cicho.
Brunet westchnął.
- Pewnie masz, mamo. Rozumiem i jeszcze raz dzięki za wszystko. Pozdrów ode mnie całą rodzinę  - poprosił.
- Pozdrowię – zapewniła go kobieta.
- To dobranoc. Śpij dobrze – pożegnał się.
- Dobranoc i powodzenia. Przerwij w końcu to jej milczenie.
- Tak zrobię.