czwartek, 2 listopada 2017

23. Listy i koty


„Tiffany,
U mnie dobrze. Dziękuję za prezent. „Buszujący w zbożu", to ładny tytuł, prawda? Holden miał nieporządek w głowie, duży bałagan. Żal mi go. I muszę go lubić. To był dobry prezent, Tiffany. Pytałaś, jak jest teraz. Ciężko o tym mówić, już lepiej pisać, ale i tak nie prosto. Nie mogę powiedzieć, że cały czas sobie radzę. Jest często ładnie w moich myślach, bardzo miło, ale nie potrafię podzielić się tym, co przychodzi po tym miłym. Wiem, że miałam próbować opisywać takie rzeczy chłopakom, ale nie umiem za bardzo. Trochę niedobrze, prawda? Staram się, wiesz, że tak. Może tylko czasem tchórzę umyślnie. Oni są teraz zajęci często. Dużo pracy, dużo muzyki. Lubię słuchać. Wolę. Opowiedz mi więcej o swoim kocie, ciekawie o nim opowiadasz. Wydaje się naprawdę niezwykły, a pamiętam tylko, że był gruby. Pozdrów go ode mnie. Napiszę szybko znów.
Jack"

Środa była ponura. Jakby ktoś wlazł drabiną na niebo i wylał z góry tony szarej farby. Josh podrapał się po brodzie w zamyśleniu. Pracę zaczynał po południu, co nie koniecznie mu się podobało. Wolał zaczynać dzień od sprecyzowanych zadań, a potem finalizować go błogim lenistwem. Nigdy na odwrót. W przypadku, kiedy nie miał obowiązku wstawania rankiem, po prostu spał, ile mógł. Zawsze za wiele, bo nie potrafił się powstrzymać przed wykorzystaniem tak dobrej okazji. Wstawał z obolałą głową i szwendał się po mieszkaniu bez sensu przez co najmniej godzinę. W końcu zbierał się w sobie na tyle, by przygotować śniadanie, ubrać się. A kiedy sprawdzał czas, okazywało się, że zostało mu jakieś dwie, góra trzy godziny do wyjścia. Znowu ulatywała z niego energia i nie potrafił zmusić się do jakiejkolwiek aktywności. Wtedy najczęściej wybierał jakąś płytę i umieszczał ją w odtwarzaczu, zakładał papcie i siadał na parapecie okna wypatrując motywacji. Zazwyczaj nie nadchodziła, ale za to mógł poobserwować, jak świat się miewa. I dzisiaj właśnie świat był widocznie obrażony. Może i na Josha, który denerwuje go swoim nudnym nie-byciem. Westchnął przeciągle i zsunął się z parapetu. Nogi trochę mu zdrętwiały. Drugie westchnięcie. Pokręcił się chwilę po pokoju i w końcu, postanowił. Czas na trzecią herbatę. Nim zszedł do kuchni, zapukał do pokoju Jack.
- Masz ochotę na herbatę? – zapytał, kiedy ta otworzyła drzwi.
Miała. Uśmiechnęła się i pobiegła po swój kubek, w którym wieczorem piła kakao z piankami. Najbardziej lubiła niebieskie pianki. A Zayn kupił tydzień temu kolejną paczkę. Taką dużą. Bardzo się wtedy ucieszyła. Wzięła jeszcze z półki napisany w nocy list. Josh może zdąży go wysłać jeszcze dziś.

„Tiffany,
Chłopcy cię pozdrawiają. Naprawdę dużo pracują. Szykują nowy album. Chcą „wejść na nowy poziom. Taki nieznany. Nieznany, jak wzięcie niespodziewanego zakrętu na drodze, którą się jedzie po raz pierwszy, rozumiesz, Jack?" tak mówią. Interesujące. Narysowałam Pana Tumnusa polującego na Felicitę. Dlaczego on tak nie lubi tej papugi? Karm go bardziej, Tiffany. On musi być głodny, dlatego. Ja ci ten rysunek wyślę. Pokaż mu. Grubaskowi. Odwiedzisz nas niedługo?
Jack"

W piątki wieczorem przyjeżdżała ciocia i zostawała, aż do niedzieli. Zmieniła pracę i teraz miała więcej wolnego. Gotowała obiady jej i Joshowi. To było miłe. I opowiadała dużo historii. Ciocia miała kiedyś bardzo ciekawe życie. Teraz już mniej – sama tak powiedziała i zaśmiała się, ale widać było, że oczy są smutne. Za miesiąc w taki piątek właśnie ma przyjechać tutaj Tiffany. Będą siedziały we trójkę. Jack obiecała, że wtedy poczęstuje ich niebieskimi piankami. Dziewczyna wyczekiwała tego dnia. Nie wiedziała dlaczego, ale bardzo jej zależało, żeby pokazać Tiffany, że się jej udaje, że potrafi sięgnąć bezpiecznej codzienności. Jak się ciocia głośno śmieje! – pomyślała nagle i poprawiła koc, żeby bardziej przykrywał im stopy. Oglądały film.
„Tiffany,
Tak się cieszę, że nas odwiedziłaś. Było miło, prawda? Podobało ci się? Mój pokój jest brzydki, prawda? Nie potrafię z nim nic zrobić. To on kieruje mną. Ten pokój chybaby nie polubił żadnych zmian, a mógłby być ładny. Jest przykry. Wchodzę tam i czuję, że jest mi przykro, ale też wiem, że to moja wina. To ja mu kazałam być takim smutnym i on się przyzwyczaił. Nic z tym nie zrobimy. Teraz siedzę częściej w kuchni, a jak nie ma Josha, to wchodzę do jego pokoju, na fotel. Nie skarż mu. Ja wiem, że poczułby się nieswojo, ale udałby, że to nic. Nie wolno tak w cudzym pokoju bez pozwolenia. Wtargnięcie. I jakby kradniesz trochę życie tej osoby. Niepotrzebnie udaję. Po prostu chyba szukam dla siebie nowego miejsca. Te stare nie są za dobre, rozumiesz. Kuchnię lubię, bo tam jest najcieplej i wiszą zdjęcia. Co u Pana Tumnusa? Czy jest obrażony? Przyjedź z nim następnym razem, naprawdę!
Jack"
Zayn siedział na blacie i brzdękał niepewnie na gitarze. Myślał, że dołapał dobrą melodię, ale ta, gdy tylko sięgnął po instrument rozpłynęła się, rozmazała. Po chwili zrezygnował zupełnie i odłożył gitarę, przysiadając się do Jack i sięgając po rogalika z czekoladą. Jedli powoli i w milczeniu. Potem Zayn umył talerze i nastawił wodę w czajniku. Miał ochotę na kawę. Zaproponował to samo Jack, ale dziewczyna podziękowała. Oparła głowę o boazerię na ścianie. Zayn sięgnął do swojej torby i wyciągnął małą, kwadratową paczkę, przewiązaną złotą wstążką.
- Dla ciebie – powiedział i postawił prezent na stole przed oczami dziewczyny. Zmarszczyła brwi i sięgnęła po paczkę. Rozwinęła ją powoli. W środku były zdjęcia. – Miałem dać wcześniej, ale nie mogę ostatnio na nic znaleźć czasu.
Skinęła głową i zaczęła przeglądać fotografie. Było ich około trzydziestu. Na większości z nich była ona, ale pojawiał się też Josh, czasami ciocia, a raz nawet Zayn, śmiejący się nad fragmentem książki. Pamiętała to. Zdjęcia były bardzo ładne, robione pod różnymi kątami i jakby lekko zamglone. Miały ciepłe kolory. Pogładziła palcem fotografię zrobioną jeszcze w Goodwood. Przedstawiała ona szereg figurek na jeden z półek w pokoju gościnnym oraz fragment okna. Zza tego okna właśnie wyzierała niewyraźnie zarysowana sylwetka Jack, stojącej obok starej jabłoni. Spojrzała na chłopaka z wdzięcznością.
„Dziękuję" powiedziała w języku migowym.
- Nie ma za co – uśmiechnął się i usiadł znowu z parującym kubkiem aromatycznej kawy w dłoniach. Dał jej parę minut na dokładne przyjrzenie się każdemu obrazkowi. Kiedy wydawało się, że skończyła, zaproponował zawieszenie paru z nich tutaj, w kuchni. W końcu przydałoby się trochę uaktualnić zbiór rodzinnych zdjęć. Zgodziła się. Znaleźli taśmę i wybrawszy parę najlepszych, umieścili kolejne wspomnienia na szafkach. Przyjrzeli się swojemu dziełu z zadowoleniem.
- Mam pytanie – odezwał się nagle. Spojrzał na dziewczynę, a ta skinęła głową na znak, żeby mówił. – Zawsze byłem ciekaw, a Josh nie za bardzo wiedział. Dlaczego masz na imię akurat Jack?
Zaskoczył ją. Usiadła na krześle i zamknęła na moment oczy, a potem zaczęła bezgłośną opowieść.
„To na cześć kota taty. Mama tak zawsze mówiła. Kiedy się urodziłam miałam oczy zupełnie jak tamten kot. I tata przysięgał na wszystko, że pierwszy dźwięk jaki z siebie wydobyłam to było miauknięcie. A mamie się spodobało. Czemu nie?" Posługiwała się swoimi rękami jeszcze niepewnie, jakby nie do końca wierząc, że mogą nieść za sobą jakieś znacznie, że ktoś inny to rozumie, ale tak było. Rozumiał.
- Bo czemu nie nadać imienia po miłym kocie? – dokończył Zayn z uśmiechem.
„Właśnie."
- I lubisz to imię?
„Bardzo."
„Zayn,
Dziś nie był dobry dzień. Znowu obudziłam się z koszmaru i było ciemno. Zapaliłam światło i czekałam, aż mi przejdzie. Długo mi huczało w głowie. Myślałam, że jej się pozbywam na zawsze, ale boję się, że ona nigdy nie zniknie w całości. We śnie - przecież może wrócić i nic nie poradzę. Wiesz o kim piszę, o Nicości. Potem ranek jest taki ciemny. Mogłabym zapalić tysiąc żarówek, a i tak byłoby ciemno. Dopiero musi stać się coś naprawdę wesołego, żebym zapomniała. A dzisiaj było nijak. Czytałam sama do południa. Potem długo nic. Wieczorem wrócił Josh, ale szybko poszedł spać. Pracuje chyba za dużo. Rozumiem, bo chcecie zrobić coś wyjątkowego. Ja też chcę, żeby ten album wam wyszedł. Wyjdzie na pewno. Już niedługo. Tak samo, jak ja w końcu nauczę się zadusić ostatnią ciemność w mojej głowie. Chcę tu pisać całkiem szczerze, dlatego, że w dzień nie potrafię nawet przed samą sobą się przyznać do takich myśli. Może to brzmi dla ciebie źle, ale w rzeczywistości jest o wiele lepiej. Tak dużo już do mnie wróciło. Jestem zadowolona. To tylko jedno zmartwienie przy mnóstwie dobrych rzeczy.
Jack"

Wsunęła ostrożnie kopertę z numerem dwadzieścia osiem do starego, tekturowego pudła i schowała z powrotem w kącie szafy. Kiedyś przecież mu to da. Będą lepsze okazje.

niedziela, 1 października 2017

22. Łapać cuda

Sprzątając po sobie w pokoju, udostępnionym mu przez Tiffany na ten krótki okres czasu, Zayn rozmyślał o tym, ile pozytywnych rzeczy przyniósł wyjazd w to miejsce. Wydarzenia, których wcześniej nie potrafił sobie nawet wyobrazić teraz były już częścią jego historii. Uśmiechnął się, w krótkim przebłysku zadowolenia. Był z siebie dumny, że jego pomysł udało się zrealizować i że skorzystała na tym nie tylko Jack, ale i on z Niallem. Kiedy zszedł po schodach i stanął w kuchni z torbą przewieszoną przez ramię, obserwując jak gospodyni pakuje dla nich kanapki na drogę, dopadło go uczucie szczerego żalu i tęsknoty. Spędzili tu tylko kilka dni, ale były to dni znaczące i wypełnione niemal samymi radosnymi chwilami. Gdyby tylko było to możliwe schwyciłby któryś z pustych słoików zgromadzonych w skrzynce przy drzwiach, wyłapałby wszystkie momenty, odczucia i wspomnienia z tego wyjazdu i zamknął je szczelnie w pojemniku, aby już zawsze mieć je przy sobie, żeby móc zachować wspaniałość i aktualność przeżytych tu wydarzeń. W Goodwood było mu niewyobrażalnie dobrze. Miał nadzieję, że reszta wyjedzie stąd z podobnymi wrażeniami.
- Szybko się spakowałeś – zauważyła Tiffany, owijając kawałek ciasta w folię.
- Nie zabrałem ze sobą zbyt wiele – wytłumaczył. – Za to wydaje mi się, że wracam bogatszy o parę nowych bagaży – dodał po namyśle, a kobieta zrozumiała go od razu, bo odwróciła się i uśmiechnęła porozumiewawczo.
- Wypocząłeś chociaż trochę?
- I to jak! Czuję się, jakby mi ktoś wymienił baterię. To miejsce musi mieć jakieś magiczne właściwości – zachwalał chłopak, żywo gestykulując.
- Ano, coś w sobie ma. Nawet taki stały bywalec jak ja, to czuje – zaśmiała się.
- Poważnie rozważam ucieczkę od tego całego miejskiego rozgardiaszu.
- O, wyszłoby ci to na zdrowie.
Ich rozmowę zagłuszył na moment wesoły śpiew Nialla, który właśnie wtoczył się do kuchni z podwójnym bagażem. Moment później w drzwiach pojawiła się Jack.
- Już gotowi? – zagadała kobieta, mierząc dwójkę nowoprzybyłych ciepłym spojrzeniem swoich zielonych oczu. Niall skinął głową, a Jack podniosła głowę, nawiązując kontakt wzrokowy z Tiffany. I w jej oczach tliły się do tej pory rzadko występujące radosne iskierki. – No, dobrze. Komu dać przekąski na przechowanie? Zayn?
Chłopak sięgnął z wdzięcznością po siatkę pełną jedzenia. Dosłownie na moment zapanowała zupełna cisza, wiedzieli, że teraz pozostało im już jedynie się pożegnać.
- To, co? – odezwał się wreszcie Zayn i omiótł wzrokiem pomieszczenie. – Zbieramy się.
I tak nastąpiły minuty finalnego rozgardiaszu i zamieszania. Zaczęto pakować wszelkiego rodzaju tobołki do samochodu, sprawdzano, czy o niczym nie zapomniano, a przede wszystkim ściskano i raz po raz dziękowano Tiffany za gościnę. W końcu stanęli we czwórkę na podwórku. Drzwi auta były otwarte na oścież, ale nikomu się nie śpieszyło, aby wskakiwać do środka i pozbawiać się widoku słonecznego ranka w Goodwood. Niall rozglądał się chciwie dookoła, jakby próbując zapamiętać każdy centymetr kwadratowy tego miejsca.
- Jeszcze raz ogromne dzięki, proszę pani. Za wszystko. To były moje najlepsze wakacje od bardzo bardzo dawna – powiedział Niall, uśmiechając się promiennie.
- I moje – przyłączył się Zayn. – Było wspaniale.
- Ja też wam dziękuję za przybycie. Wprawdzie lubię samotnikować, ale i z tym można przesadzić, dlatego od czasu do czasu ogromnie cenię sobie wesołe, przyjazne towarzystwo – zaśmiała się, przytulając ostatni raz Jack. – Dobra, kończmy te pożegnania, bo się do wieczora nie zabierzecie.
Skinęli głowami i chwilę potem cała trójka znalazła się bezpiecznie w samochodzie. Niall przekręcił kluczyki i nie mogąc się powstrzymać zatrąbił radośnie, jednocześnie elegancko wycofując samochód w stronę alejki, którą mieli dojechać do głównej drogi. Nawet Jack machała przez okno, dopóki obraz Tiffany Virginii Duff nie został pochłonięty przez mijane drzewa.
            Podróż minęła im zaskakująco spokojnie. Chyba każdy pochłonięty był własnymi myślami i tym co pozostawił za sobą w Goodwood. Zayn ocknął się dopiero, kiedy Niall zaparkował w pobliżu kamienicy, w której znajdowało się mieszkanie Josha. Silnik ucichł i dobiegł ich stłumiony metaliczny odgłos, gdzieś w pobliżu. Niall przeciągnął się i odwrócił do Zayna. Spojrzeli na siebie, potem na Jack i odbywając bezsłowną wymianę zdań zabrali się do wyładowywania bagaży. W tym czasie dziewczyna wyszła z samochodu i stała teraz obok nich, czekając aż skończą. Lekko obładowani ruszyli do mieszkania. Powiadomili już wcześniej Josha o planowanej godzinie powrotu, więc ten czekał już na nich, opierając się o werandę i przywołując uśmiech na twarzy. Zayn jednak zobaczył w jego spojrzeniu jakieś niepokojące błyski, które natychmiast wzbudziły w nim czujność. Wchodząc zauważył, że wokół frontu kamienicy pracuje kilku robotników, instalując metalowe, wysokie na dwa metry ogrodzenie. Stąd ten hałas, zrozumiał. Wzruszył ramionami i przekroczył próg mieszkania. Zaniósł do pokoju Jack jej walizkę, wcześniej wysyłając Nialla do kuchni, aby tam zostawił resztę rzeczy. Wchodząc do tego znanemu mu dobrze pokoju, poczuł to samo co zawsze ciężkie powietrze. Jakby oddychało się tu czymś melancholijnym. Postawił walizkę przy szafie i zleciał do salonu, w którym wszyscy się teraz zgromadzili. Josh otaczał Jack ramieniem i rozmawiał z Niallem na temat podróży. Zayn dołączył się do nich i już po paru minutach, siedzieli wygodnie na kanapie i fotelach, omawiając szczegóły ich dopiero co odbytej wycieczki. Josh został zalany falą entuzjazmu ze strony chłopaków, zachwalających zarówno miejsce, jak i Tiffany. Zaraz też poczęli pokazywać mu wykonane tam zdjęcia, opowiadali o łatwości, z jaką im się tam tworzyło nowe teksty i melodie i przerywając sobie nawzajem wspominali umiejętności kulinarne ich gospodyni. Po jakimś czasie Niall zdecydował się opuścić towarzystwo, tłumacząc się kolejnym spotkaniem ze znajomymi. Jego wyjście zapoczątkowało też poważniejsze tematy. Zayn powtórzył, tym razem bardziej szczegółowo, to co wcześniej udało mu się zrelacjonować w czasie rozmów telefonicznych – o zachowaniu Jack, o jej nowych zainteresowaniach. Opowiadał o tych wydarzeniach cały rozpromieniony, ale po jakimś czasie nie mógł dłużej ignorować tego pochmurnego wzroku Josha, który już w pierwszej chwili wydał mu się podejrzany. Przerwał więc i zapytał, o co chodzi. Przyjaciel spuścił głowę.
- Najpierw zaprowadzę Jack do pokoju, w porządku? – zapytał, a Zayn poczuł, że miła atmosfera rozpierzchła się na dobre, ustępując miejsca powoli obezwładniającemu go stresowi. Wychwycił badawcze spojrzenie dziewczyny, która posłusznie wstała na prośbę kuzyna. Odwróciła się jeszcze raz w drzwiach do salonu, a Zayn posłał jej wymuszony uśmiech.
Kilka minut później Josh był już w powrotem. Tym razem cała jego twarz wyrażała zmartwienie, niczym już niehamowane. Opadł zrezygnowany na fotel, jednak po chwili namysłu wstał i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
- To stało się wczoraj wieczorem. Nie dzwoniłem już, nie chciałem was martwić przed powrotem – zaczął. – Miałem wolne, więc przesiedziałem cały dzień w domu. Wcześnie zasnąłem, tutaj na kanapie, ale coś mnie obudziło. Wrzaski, dziwne odgłosy. Myślałem, że się przesłyszałem, więc nie zareagowałem, ale potem znowu. Wyjrzałem na zewnątrz przez okno, a tam już zgromadziło się paru ludzi, między nimi ktoś leżał. Najpierw nie dostrzegłem kto to, ale potem się zorientowałem. Mój sąsiad, Harris, staruszek. Wybiegłem na zewnątrz, myślałem, że może miał atak. Wcześniej chorował. Wtedy zobaczyłem go z bliska. Krwawił. Po chwili przyjechała karetka. Zacząłem się rozglądać i zobaczyłem kolejne zbiorowisko trochę dalej przy głównej drodze. Tam też ktoś leżał. W ogóle nie rozumiałem o co chodzi. Zaczepiłem sąsiadkę i zacząłem pytać. Powiedziała, że też nie wie, że wracała do domu i usłyszała krzyki, a potem zobaczyła pana Harrisa. Zaczekaliśmy, aż karetka go zabierze i ludzie zaczęli się rozchodzić, snując domysły. Też chciałem wracać, ale przyjrzałem się grupie przy drodze. Oprócz karetki pojawiła się też policja. Widać było, jak ludzie się przekrzykiwali i gestykulowali. Przeszedłem na drugą stronę i do wylotu ulicy i stanąłem przy zebranych. Człowiek, którego widziałem leżącego, teraz był zakrywany folią. Nie żył. Usłyszałem, jak świadkowie zeznawali, że słyszeli szamotaninę przy starych kamienicach, a potem mężczyzna wyleciał na drogę i wpadł prosto pod samochód. Nic więcej sensownego nie dało się z tłumu wyciągnąć. Wróciłem do mieszkania. Nie mogłem zasnąć, całą noc zastanawiałem się, co się wydarzyło. Zasnąłem nad ranem, a kiedy się obudziłem było już koło południa. Włączyłem telewizję. W wiadomościach o tym trąbili. Mężczyzna zidentyfikowany jako Gregory Davis, przypuścił atak nożem na staruszka, który zwrócił mu uwagę za przesiadywanie pod kamienicą. Zapytany, spanikował i wbił nóż na oślep, najpierw trafiając w ramię, a potem w nogę ofiary. Puścił się biegiem i zdołał uciec jedynie do głównej drogi, tam zginął. Kiedy pomyślę, czy on tam czekał na któregoś z nas… - W tym miejscu Josh zakończył swoją opowieść i głęboko odetchnął, jakby odczuwając ulgę z możliwości wyjawienia swojego zmartwienia. Atmosfera w pokoju niemal fizycznie zgęstniała i zawrzała. Zayn przymknął oczy, ale Josh widział jak przelewają się emocje na jego twarzy.
- Wariactwo – wyszeptał w końcu, nawiązując kontakt wzrokowy z przyjacielem.
Josh skinął głową. Nie było nic więcej do powiedzenia. Nie dało się nic powiedzieć. Po prostu przesiedzieli dłuższy czas w ciszy, pochłonięci własnymi duszącymi myślami.

***

            Powinien już dawno dojść do siebie, ale za każdym razem, kiedy mijał nowe ogrodzenie przy kamienicy przeszywały go dreszcze. Zaczął wyobrażać sobie, że ktoś go śledzi i wypatruje. Często obracał się za siebie podczas samotnej wędrówki przez miasto. Najgorzej jednak było, kiedy siadał obok Jack i próbowali się porozumieć w języku migowym. Jej niewiedza z jego pełną świadomością niedoszłej tragedii kontrastowały w umyśle Zayna tak mocno, że nie potrafił się na niczym innym skupić. Nie mógł się pozbyć tych wstrętnych myśli, rozważania wciąż na nowo nieaktualnych zagrożeń. I Joshowi było trudno przejść do porządku dziennego po tym wydarzeniu. Siadali często z Zaynem w kuchni przy kubku herbaty i grali w „co by było gdyby”. Szkodziło im to jeszcze bardziej, nakręcani swoimi wizjami. Był to smutny okres w starej kamienicy, nie tylko dla nich, ale i dla całego sąsiedztwa.  Ten stan mógłby się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie fakt, że na zarówno Josh, jak i Zayn zostali z powrotem wrzuceni w wir pracy. Przestali mieć tyle wolnego czasu, co do tej pory. Zajęcia pochłaniały ich do tego stopnia, że szybko pamięć została zapchana nowymi historiami, a serca innymi problemami. Muzyka dawała spokój, dawała skupienie i nieokiełznaną siłę ducha. Dni wypełnione pracą były jak najskuteczniejsza kuracja. Wkrótce chłopcy zdołali uciec od ciężkich myśli, przelewając je za to na papier i wygrywając na instrumentach. Odzyskując równowagę zdołali dostrzec, jak wiele z tej harmonii wytworzyła w sobie również Jack. Nowym rytuałem stało się oczekiwanie na kroki dziewczyny, podczas ich przesiadywania w kuchni. Kiedy tylko słyszeli skrzypienie starych stopni, któryś wstawał i robił dla niej herbatę, a kiedy pojawiała się w drzwiach wszystko było już dla niej przygotowane. Siadała na swoim stałym miejscu i piła z kubka, o którym napisała na jednej z kartek, że jest jej ulubionym. Potem czekała, aż chłopcy zaczną rozmawiać i przysłuchiwała im się z uwagą. Czasami zadawali jej jakieś pytanie, a ona rzadziej, ale jednak dawała odpowiedzi zapisując je w swoim notatniku. W końcu zrozumieli, że właśnie w tamtym czasie mieli w kieszeniach szczęście wypchane po brzegi.
            Zayn miał wolne pierwszy raz od paru tygodni, więc postanowił spędzić ten dzień z Jack, którą, mimo wszystko, czuł, że zaniedbywał w ostatnim czasie. Josh wybrał się w samotną jednodniową wyprawę, o której ostatnio opowiadał na okrągło. W końcu udało mu się wyrwać i był wdzięczny, że może zostawić kuzynkę pod opieką przyjaciela. Poinformował dziewczynę o ich planach i zapytał, co o tym myśli. Skinęła głową, uśmiechając się delikatnie. I tak oto tego ranka Zayn stał w progu pokoju Jack i czuł niemal namacalnie zmianę, jaka biła od tego pomieszczenia, jak i jego właścicielki. Jeszcze miał wyraźny obraz siebie i jej sprzed kilku miesięcy, kiedy trudno było oczekiwać czegoś innego niż obojętności i apatii. Porównując to z dzisiejszym stanem rzeczywistości, aż kręciło mu się w głowie z gwałtownego uczucia radości i dumy. Zaraz potem zastąpiło go dziwne ukłucie niepokoju w sercu i niewytłumaczalny lęk, którzy zagnieździł się gdzieś w samolubnej części jego jestestwa. Uczucia mieszały się w nim, jak w wielkim kotle, aż w końcu ustąpiły i ucichły. Po prostu patrzył. Jack siedziała oparta o łóżko i czytała „Małego Księcia”.
Jego babcia zawsze mówiła: „Jeśli chcesz zobaczyć cud, otwórz najpierw duszę, a dopiero później oczy. Oczy kiedy są same bagatelizują rzeczy niewiarygodne, ale dusza woła: „Popatrzcie uważniej!” i wtedy widzą.”. Zayn podniósł aparat zawieszony do tej pory na jego szyi i zrobił zdjęcia skupionej postaci, zanurzonej w świecie Saint Exupery’ego. Tak się złożyło, że swoją duszę otworzył bardzo dawno i dość szeroko, dlatego teraz potrafił łapać cuda.  

wtorek, 30 sierpnia 2016

21. Nagranie


Czwartego dnia wczesnym rankiem, kiedy świat dopiero otrząsał się z senności, czajnik w domu pani Duff głośno zapiszczał. Kobieta, nucąc po cichu swoją ulubioną melodię, odłożyła grubą książkę i wstała powoli z krzesła, opuszczając werandę. Będąc już w kuchni, wlała wrzącą wodę do dwóch kubków, które wcześniej przygotowała. Odczekała parę chwil, przy okazji wycierając i tak czysty blat stołu kuchennego, po czym odcedziła herbatę. Z tak przygotowanym naparem wróciła na zewnątrz, gdzie słońce wychylało się już poza najwyższe gałęzie drzew, dając nadzieję na piękny dzień. Postawiła kubki na małym, kwadratowym stoliku, a towarzyszący temu stukot naczyń, zwrócił uwagę jej towarzyszki.
- Jack, herbata jaśminowa, tak jak obiecałam - sapnęła z zadowoleniem, znowu rozsiadając się wygodnie na szerokim, drewnianym krześle.
Dziewczyna skinęła głową, przysuwając się bliżej stolika. Tiffany założyła swoje okulary na nos, które momentalnie zjechały jej w dół.
- Ech, wciąż mi spadają - skomentowała, kręcąc ze zniechęceniem głową.
 W głębi uszy była jednak zadowolona, bo tak właśnie zachowywały się okulary jednej z jej książkowych bohaterek. Ktoś, kto by ją lepiej znał, mógłby pomyśleć, że celowo rozciągała w ten sposób swoje oprawki od dwóch tygodni, aby stały się one za luźne. Jack, jednak jej nie znała, więc mogła spokojnie udawać przed nią i przed samą sobą, iż jest to przypadkowy defekt okularów. Przesunęła je z powrotem w górę, odkaszlnęła i sięgnęła po swoją książkę. Przebrnęła może przez jedną stronę, kiedy zauważyła, jak młoda dziewczyna wkłada palec prosto w parującą herbatę, chcąc sprawdzić jej temperaturę.
- Dziecko, jeszcze za gorące, zostaw to, zostaw - ponagliła ją, odsuwając od niej kubek, a przysuwając książkę, którą dla niej wczoraj wybrała. Jack zaplotła dłonie i ułożyła je grzecznie na kolanach. Spojrzała w stronę słońca, które zawisło już nad horyzontem, budząc do życia wszystko wokół.
- Nie będziesz tego czytała? - spytała starsza kobieta.
Jack spojrzała na nią przeciągle, po czym pokręciła przecząco głową. Tiffany westchnęła.
- Ale to jest taka dobra książka - lamentowała tamta.
Brunetka sięgnęła szybkim ruchem po swój kubek i upiła łyk jaśminowej herbaty. Tiffany miała rację, była za gorąca. Ale Jack przekonała się o tym sama. Na myśl o poparzonym języku, na którego powierzchni odczuwała teraz mrowienie, uśmiechnęła się lekko.
- Aleś ty dzisiaj przekorna.- Pani Duff spojrzała na nią srogo, ale szybko przemieniło się to w cichy chichot. Sama schwyciła swój kubek i napiła się. Od razu uderzyło ją gorąco wywaru. - Jasny gwint, co za dziewczyna. Mówiłam, że gorące, to nie słuchasz. Pewnieś się poparzyła.
Jack tylko wzruszyła ramionami i znowu się napiła. Aromat herbaty unosił się wokoło. Pachniało tak ładnie. Pogoda dopisywała. Tiffany jej towarzyszyła. Było jej tu dobrze.
              Nie dalej jak pół godziny później starsza pani znudziła się naprzemiennym dopingowaniem Jack do czytania i skupianiem się na własnej lekturze. Obydwie już dawno zdążyły wypić herbatę do dna, która pozostawiła po sobie miłe uczucie ciepła w środku. Mimo iż od ich obudzenia minęło już trochę czasu, wciąż było dość wcześnie, zwłaszcza dla dwóch chłopaków, którzy o tej porze jeszcze głęboko spali wewnątrz cichego domu. Tiffany zaznaczyła zakładką miejsce, w którym zakończyła czytanie, po czym zamknęła książkę, głaszcząc przez moment jej okładkę.
- No to co chciałabyś zrobić? - zapytała dziewczynę, nie spodziewając się konkretnej odpowiedzi.
A ta, o dziwo, nadeszła.
Jack wyciągnęła z kieszeni spodni notes i otworzyła go na pierwszej stronie. Przekazała go w ręce kobiety, a ta marszcząc brwi, skupiła się na jego treści. Zdanie to musiało zostać przez nią napisane już wcześniej i Tiffany była ciekawa, od jak dawna Jack czekała z jego pokazaniem.
Wstała energicznie i podeszła do brunetki, kładąc jej rękę na ramieniu.
- Chodźmy - powiedziała, bojąc się, że ta zechce się teraz wycofać.
Jack też wstała. Była gotowa się z tym zmierzyć. 

***

Jej serce naprawdę łomotało. Waliło tak mocno, że aż bała się poruszyć. Obserwowała jak dłoń Tiffany sięga po płytę, a następnie umieszcza ją w odtwarzaczu. Towarzyszył temu cichy szum, który stanowił teraz tło dla tysiąca myśli, które przewijały się w głowie Jack. Nie wiedziała czemu, ale odkąd pani Duff opowiedziała jej o tym nagraniu, nie dawało jej to spokoju. Wracała do tego myślami już wielokrotnie. Chyba pokładała w tym jakieś wielkie nadzieje. Coś przeczuwała. Bała się.
- Mam z tobą zostać? - głos kobiety dotarł do Jack jakby z oddali.
W odpowiedzi chwyciła ją za rękę, przytrzymując przy sobie.  
Usilnie wpatrywała się w czarny ekran. Chwilę później pojawiły się na nim szarawe paski, biegnące z góry na dół. Aż w końcu pojawił się obraz.
Trzy osoby. Ogród. Dmuchany basen. Głos zza kamery. To była Tiffany.
"Bonnie, nie uciekaj, pomachaj w moją stronę" śmiała się.
Dziewczynka w stroju kąpielowym, wyglądająca na nie więcej niż sześć lat, pisnęła i pobiegła schować się za postacią smukłej nastolatki.
"Nie chcę, ciociu" wołała Bonnie, co chwila wystawiając głowę, to znów ją chowając za spódnicą dziewczyny.
Kamera ruszyła w stronę dziewcząt.
"Popatrz, Eva się wcale nie wstydzi!"
"Mamo, przestań, to żenujące."
"Steven też nie ucieka, spójrz, Bonnie." 
Dziewczyna podbiegła teraz w stronę chuderlawego chłopaka, który siedział na krześle pod cieniem drzew. Mała teraz okrążyła krzesło i nawet próbowała się pod nie wczołgać. Chłopak nie reagował w żaden sposób na jej zaczepki.
"Nie, nie, Bonnie, zostaw go, nie przeszkadzaj" Tiffany musiała w tej chwili położyć gdzieś kamerę, bo obraz się przestał trząść i wyostrzył. Jack zobaczyła jak młodsza wersja pani Duff, bierze na ręce małą dziewczynkę, która śmiała się i piszczałą na zmianę.
"Eve, chodź do domu. Pomożesz mi przy obiedzie." oznajmiła, po czym zniknęła z obiektywu, a zaraz po niej jej córka, jak domyślała się Jack. Został tylko Steven, który opierając głowę na ręce, spoglądał w dal. Minutę później ciszę przerwał chichot Bonnie, która nagle wskoczyła z impetem do basenu, rozchlapując wodę na ziemię obok.
"Steven, pobaw się ze mną!" krzyknęła w jego stronę. Jednak on tylko pokręcił leniwie głową.
"No, proszę cię" marudziła. "Jesteś taki nudny. Ja tutaj umręęęę z nudów" powiedziała, przeciągając słowa. Widząc, że nic tym nie wskóra, położyła się płasko na wodzie, tak, że zniknęła z pola widzenia chłopaka i kamery. "Dobrze, a więc umieram" oświadczyła. I zrobiło się cicho. Minęło kilka chwil, a Steven, spojrzał z niepokojem w stronę basenu. Zaczął szybko kręcić głową, jakby próbował przegonić jakieś natrętne myśli. Po minucie wstał z krzesła, lecz nie zrobił kroku naprzód, jak gdyby coś go paraliżowało. Widać było ruch jego ust, powtarzał coś, najpewniej imię dziewczynki, jednak żaden dźwięk się nie wydostawał. Druga minuta mijała, a chłopak wyglądał na naprawdę przerażonego. Jednak w dalszym ciągu nie podbiegł do basenu. Co go blokowało? Znowu zaczął gwałtowanie kręcić głową, po czym rzucił się na kolana i uderzył pięścią w ziemię. Nagle podniósł się i w kilku susach znalazł się przy basenie. I wtedy kilka rzeczy stało się naraz.
Z domu wyszła Tiffany, wołając, co się dzieje, czemu jest tak cicho.
W basenie podskoczyła Bonnie, unosząc w górę ręce.
"Ej! Jestem!" krzyknęła.
"Mamo, co się dzieje" pojawiła się Eve.
I twarz Steven'a. Jego przerażona, zdezorientowana twarz. Cały drżał. Tiffany podbiegła do niego, przygarniając go do siebie.
"Co się stało?" spytała.
Wtem z jego gardła wydobyło się jedno słowo, które przemieszało się ze szlochem, stając się niemal niezrozumiałe. Jednak Tiffany je usłyszała. Jack też.
"Mamo" zapłakał Steven.
Nagranie kończy się kilka minut później, kiedy szczęśliwa i cała czerwona od płaczu Tiffany Duff, przypomina sobie o kamerze. Ekran znowu stał się ciemny.
Jack zacisnęła pięści. Widziała łzy na pomarszczonych policzkach swojej towarzyszki.

Siedziała sztywno wyprostowana na kanapie i zastanawiała się, czy ten filmik coś zmienił. Próbowała wyobrazić siebie w podobnej sytuacji. Kto by z nią był? Josh, Zayn, może ciocia. Gdzie by siedziała? Pewnie w salonie, w starej kamienicy. Kto by próbował zwrócić na siebie jej uwagę, tak jak Bonnie zrobiła to w przypadku Steven'a? Bez wahania pomyślała o Zaynie. On cały czas próbował.
Zostawiła Tiffany samą, wychodząc z pokoju i przemierzając powoli korytarz. Weszła na pierwsze piętro, gdzie lubiła przebywać, gdyż z okien rozpościerał się wspaniały widok okolic. Mijając pokój Zayna, przystanęła na chwilę, jakby rozważając opcję. Trzymała rękę na klamce. Niepewnie uchyliła drzwi, a jej oczom ukazał się średniej wielkości pokój, oświetlony promieniami słońca, które wpadały przez duże okna, wychodzące na wschód. W prawym rogu znajdowała się szafa, natomiast po lewej stronie drewniane, wysokie łóżko, w którym spał chłopak. Cały przykryty był pierzyną, a widoczna była tylko jego ciemna czupryna. Jack odwróciła się jeszcze w stronę korytarza, po czym wsunęła się do środka, przymykając za sobą drzwi. Podeszła najpierw w stronę ogromnych okien. Wydawało jej się, że naprawdę lubi to miejsce. Ta przestrzeń dawała jej jakąś radość, przypominała o czymś utraconym w przeszłości. Z tego co słyszała niedługo będą musieli opuścić to miejsce, tę bezpieczną przystań. Na tę myśl krajało jej się serce. Goodwood coś w niej zmieniło i choć raz była pewna, że to zmiana na lepsze. Oderwała się w końcu od okna i podeszła do śpiącego Zayna. Przyjrzała mu się uważnie, sprawdzając, czy aby na pewno pogrążony jest we śnie. Oddychał miarowo, jego twarz wyrażała całkowity spokój. Nachyliła się jeszcze niżej i sięgnęła ręką w stronę jego włosów. Przeczesała dłonią kilka ciemnych kosmyków. Zaskoczyło ją, że jego włosy były tak miękkie i gładkie. Nigdy o tym nie rozmyślała, ale podświadomie spodziewała się, iż będą szorstkie w dotyku. Sama dziwiła się temu co robi. Zanim by się zupełnie obudził, szybko musnęła ustami jego skroń, składając w tym miejscu delikatny pocałunek. Chłopak westchnął przez sen, jakby wyczuwając czyjś dotyk na swojej skórze. Jack spłoszona wybiegła z pokoju, zostawiając wpółotwarte drzwi.
Zayn jednak spał dalej. Tylko cień uśmiechu, pojawił się niespodziewania w kącikach jego ust. 

***
Obudził się nagle i gwałtowanie. Próbował sobie przypomnieć, czy spowodował to jakiś koszmar senny, jednak nie pamiętał niczego takiego. Oparł się o łóżko, próbując wyrównać oddech. Po minucie wstał i podszedł do okien, otwierając jedno po drugim. Już po chwili do środka wpadło świeże powietrze, które omiotło jego nagie ramiona i twarz. Wziął głęboki wdech, rozkoszując się otaczającą go rzeczywistością. Londyn już dawno rozpoczął swój szaleńczy maraton, a to miejsce dopiero się budziło, tak jak on. Tutaj się nie spieszyło, tu się szło na spacer. Nie wrzucało się w siebie byle czego, żeby tylko załagodzić uczucie głodu, a jadło się spokojnie, delektowało się posiłkiem. Tutaj człowiek przypomniał sobie swoje dziecięce marzenia i odkrywał, że czasami lepiej po prostu postać w miejscu, bez celu - dla własnej przyjemności.
Odwrócił się, chcąc podejść do szafy, gdzie trzymał torbę z ubraniami, kiedy coś przykuło jego uwagę. Drzwi do pokoju były otwarte. Zmarszczył brwi, bo do tej pory nigdy się to nie zdarzyło. Po chwili jednak wzruszył ramionami, bagatelizując sprawę. Tiffany zapewne potrzebowała czegoś z pokoju i zapomniała zamknąć za sobą drzwi.
Nic wielkiego się nie stało.

Podczas obiadu czuł na sobie spojrzenie Jack, jednak za każdy razem, kiedy odwracał się w jej stronę, ta patrzyła gdzie indziej. Starał się to ignorować, ale było to na tyle osobliwe zachowanie ze strony dziewczyny, że z trudem przełykał jedzenie. Miał wrażenie, jakby go chciała prześwietlić, ocenić. Popołudniu, kiedy zasiedli z Niallem na ławce w ogrodzie i próbowali napisać jakiś tekst, a Jack słuchała jak Tiffany czyta jej na głos książkę, znowu to poczuł. Odwracał się co kilka minut, sprawdzając, gdzie teraz patrzy dziewczyna. I rzeczywiście, raz udało mu się ją przyłapać, jak spogląda w ich stronę, przekrzywiając w zamyśleniu lekko głowę. Uśmiechnął się do niej i mógłby przysiąc, że zostawszy nakryta, zawstydziła się. Spuściła głowę i podwinęła wyżej kolana na krześle, aby móc oprzeć na nich swoją głowę.
- Zayn, mam, posłuchaj. - Z zamyślenia wyrwał go podekscytowany głos przyjaciela.
Tak upłynęły im kolejne godziny, aż zrobiło się na tyle ciemno, że musieli wejść do domu. Zadowoleni z dzisiejszej pracy, wkroczyli do salonu, gdzie czekała już na nich parująca herbata i drożdżowe ciasto. Usłyszeli też krzątaninę w kuchni z czego stwierdzili, że Tiffany musi tam być. Zasiedli na kanapie i ze smakiem zjedli ten poczęstunek. Nie minęło pięć minut, kiedy zgodnie wstali, chcąc wybłagać u pani Duff dokładkę. Skierowali się do źródła dźwięku.
- Możemy jeszcze po kawałku? - spytał Niall od progu, szczerząc się szeroko do starszej pani, która zajęta była zmywaniem naczyń.
- Oczywiście, ukrójcie sobie, ile chcecie - oznajmiła, wskazując na tacę z plackiem, pośrodku stołu. W kącie kuchni znajdowała się również Jack. Miała nałożone na głowę słuchawki i oglądała coś na laptopie.
- Co robi? - Zayn skinął głową w jej kierunku.
- Namówiłam ją, żeby spróbowała języka migowego. - Tiffany przerwała pracę i uśmiechnęła się z dumą do chłopaka.
- Udało się pani? - spytał zdumiony. Podszedł do Jack od tyłu. Rzeczywiście, na filmiku wyświetlała się jakaś kobieta, poruszająca rękami w nieznanym mu znaczeniu. - Kiedy?
- Jak pracowaliście - odpowiedziała, wycierając ręce ścierką.
- Pani jest jakąś cudotwórczynią - zaśmiał się. - Ale jak to? - Chwycił się za głowę, nie mogąc wyjść ze zdumienia. - Zaraz, ale ja muszę też... ja się też muszę nauczyć! Jak długo już to ogląda?
- Trochę ponad dwie godziny - zastanowiła się Tiffany.
- Gdzie krzesło? O, tutaj. Dobrze. - Zayn miotał się przez chwilę po pomieszczeniu, aż w końcu zasiadł obok Jack. Zatrzymał filmik i poczekał, aż na niego spojrzy. - Hej, pouczymy się razem?
Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową. Jej policzki wydały mu się zaróżowione, jakby znowu coś ją zawstydziło. Brunet nie myśląc długo, odłączył słuchawki od laptopa i znowu włączył nagranie.
- Ej, ale placek - przypomniał mu nagle Niall,  prezentując na talerzu spory kawałek. - I mieliśmy też...
- Cicho - przerwał mu tamten. Machnął ręką na to wszystko.
Bo wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: Zayn Malik lubił ciasto drożdżowe. Ale spędzać czas z Jack Lawrence po prostu lubił o wiele bardziej.

sobota, 17 października 2015

20. Taniec

Przez dwa dni nic się nie działo, a raczej, nie działo się nic odbiegającego od normy. Niall i Zayn czerpali pełnymi garściami z wolnego czasu. Większość dnia spędzali na dworze, czy to grając w piłkę nożną, czy czytając książkę w cieniu drzew. Często wybierali się na długie spacery po okolicy, podczas których rozmawiali na wiele tematów, dotyczących ich samych, jak i tego, co się działo wokół nich. Obydwaj byli wdzięczni za te chwile, dzięki którym mogli oderwać się od natłoku zajęć i myśli, jakie towarzyszyły im w wielkim mieście. Tutaj wszystko robiło się spokojnie. Wstawało się rano, ale wypoczętym. Jadło się śniadania, obiady i kolacje bez pośpiechu, bez przytupywania nogą ze zdenerwowania. Zayn w ostatnich dniach myślał o tym, jak śmieszny jest człowiek i jego postawa do życia. Dążysz do czegoś, a kiedy w końcu to nastąpi prędzej czy później osiągniesz swoje „dość", swoje „nie mogę dłużej tego robić" i pragniesz ponownie powrócić do tego, co było przedtem. Chłopak pomyślał o Jack i czy kiedyś w jego głowie pojawi się słowo „dość". Nie mógł zaprzeczyć. Nie znał przyszłości i nie znał na tyle dobrze siebie, żeby przewidzieć, jakim będzie człowiekiem za jakiś czas. Jednak gdy tylko pomyślał o pozostawieniu dziewczyny, uderzyło go to do tego stopnia, że poczuł się winny rozważaniu takiej możliwości. Dzisiaj był tutaj i ona była tutaj. Jutro podejmą od nowa tę decyzję. I pojutrze. Nie wiąże ich żaden kontrakt. W każdej chwili, któreś mogłoby się poddać, ale od tylu miesięcy trwali w tym mechanizmie zależności, że niewyobrażalne byłoby przerwanie ich relacji.
„Od czegoś takiego nie da się już uciec" pomyślał. I miał dużo racji.

Czuła się n a p r a w d ę dobrze. Mogła bez przeszkód myśleć. Oddychała wolnością. Powietrze wydawało jej się czystsze i bardziej orzeźwiające. Barwy wokół niej z każdym dniem stawały się intensywniejsze. Dźwięki nabierały ostrości i wyrazistości. Jack po wielu latach snu w końcu otworzyła szeroko oczy.
Wyszła z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Była ubrana w niebieską sukienkę z kołnierzykiem, uszytą z lekkiego i miłego w dotyku materiału. Na to włożyła trochę za luźny bordowy sweter, który znalazła w swojej walizce. Na nogach miała białe rajstopy. Już dawno powinny zostać wyrzucone z powodu kilku dziur widocznych na materiale, lecz nikt tego nie zrobił. Rodzina wiedziała, że to była jedna z ostatnich rzeczy, które Babcia dała Jack przed śmiercią. Zeszła po schodach, trzymając się bogato zdobionej drewnianej poręczy. Przeszła przez szeroki korytarz, przystając przy drzwiach prowadzących do salonu. Dziewczyna przez chwilę przysłuchiwała się odgłosom dochodzącym z pokoju. W środku Niall oglądał telewizję, jak zwykle zapominając o reszcie świata. Jack wiedziała, że godzinę temu Tiffany pojechała razem z Zaynem zrobić zakupy. Obowiązki opiekuna nad dziewczyną, przejął zatem blondyn. Gdyby tylko Niall wyszedł w tamtej chwili z pokoju, zobaczyłby lekki uśmiech na twarzy Jack Lawrence. A gdyby już naprawdę dobrze się jej przyjrzał, odkryłby, że jest to uśmiech ironiczny. A gdyby umiał połączyć fakty, zrozumiałby, że aby przywołać na twarzy taki grymas, trzeba najpierw coś p o c z u ć. A gdyby był Zaynem, doceniłby ważność tego małego elementu, który dla niej był wielką zmianą. Lecz Niall nawet nie odwrócił głowy, co dopiero mówić o analizie wyrazu jej twarzy. Jack ruszyła do wyjścia. Przyjrzała się butom ułożonym w szeregu nie daleko drzwi. W końcu wybrała te, które wydawało jej się, że miała poprzedniego dnia. Kiedy czarne półbuty znalazły się już na stopach dziewczyny, nacisnęła klamkę. Drzwi pozostawały zamknięte. Spojrzała na mechanizm zamka i przekręciła jedyny wystający element. Za drugim razem otworzyła się przed nią zielona przestrzeń ogrodu. Wyszła na zewnątrz, odgarniając włosy z czoła. Powietrze było rześkie, słońce delikatnie ogrzewało twarz dziewczyny. Ciepły wiatr niósł ze sobą intensywny zapach wilgoci. Jack nawet nie przejęła się otwartymi drzwiami, po prostu poszła przed siebie.

Niall popatrzył na zegarek. Zaraz potem zaklął. Wstał szybko z fotela, wyłączył telewizor i pobiegł na górę, zmierzając do pokoju, w którym gościła Jack. Zapukał raz i drugi, w końcu zdecydował się wejść. Kiedy szybko omiótł wzrokiem pomieszczenie, nie zajęło mu długo dojście do wniosku, że czegoś w nim brakowało. Czegoś istotnego. Kogoś.
- Cholera – przełknął ślinę. – On mnie zabije.

 

***
Zajęło mu kilka minut zabranie komórki, odnalezienie kluczy, założenie kurtki i butów oraz zamknięcie domu. Kolejne upłynęły na przekonaniu samego siebie, że jego obowiązkiem jest powiadomić o zdarzeniu Zayna. Biegając od jednego krańca podwórka do drugiego, obgryzał paznokcie, zastanawiając się, co powiedzieć przyjacielowi. W końcu odetchnął głęboko i wybrał numer.
- Niall, co tam? – usłyszał przyjazny ton bruneta i jeszcze bardziej się zestresował. Podskakując przez chwilę w miejscu, cały czas lustrował otoczenie, licząc, że jakimś cudem Jack pomacha do niego zza drzewa.
- No właśnie wynikła taka sprawa – zaczął. Był cały czerwony ze stresu i wstydu. – Zgubiłem Jack.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła na chwilę cisza, jakby Zayn potrzebował więcej czasu na przetworzenie tej informacji.
- Zgubiłeś… - jęknął brunet. – Niall, jak to? Miałeś jedną robotę! Pilnowanie dziewczyny, która przez dziewięćdziesiąt procent czasu w ogóle nie wychodzi z pokoju!
- Najwyraźniej postanowiła wcielić życie pozostałe dziesięć procent – zażartował chłopak słabym głosem. Znowu cisza. Odchrząknął.  – Przeszukałem teren wokół domu, ale nigdzie jej nie ma. Co mam robić?
- Szukaj dalej, co się głupio pytasz. Wrócimy z Tiffany, jak najszybciej się da. Zastanów się, gdzie mogła pójść, wołaj ją i dzwoń, jeśli coś się zmieni. – Nie czekając na potwierdzenie ze strony blondyna, Zayn rozłączył się.
Niall włożył telefon do kieszeni i obrócił się wokół własnej osi. Jak miał znaleźć Jack w tej cholernej dziczy? Nagle zielone połacie, nie wydawały mu się już wspaniałe, lecz niebezpieczne i pełne zakamarków, w których mogłaby się skryć dziewczyna.
- Za co? Za co mnie to spotyka? – mamrotał w miarę, jak zbliżał się do najbliższego skupiska drzew. Przekroczył granicę lasu i zaczął wykrzykiwać jej imię. Szedł tak przez kilka minut, aż wreszcie coś przyciągnęło jego uwagę. Zatrzymał się gwałtowanie i wytężył słuch. Tak, z oddali dochodził przytłumiony dźwięk muzyki. Niall obrał nowy kierunek i ruszył w tamtą stronę. Szedł tak przez kilka minut, aż nowy bodziec, sprawił, że znowu się zatrzymał. Tym razem usłyszał dźwięk łamanej gałązki. Przeszedł kilka metrów, zbaczając w prawo od wcześniej obranej trasy i tak natknął się na małą polanę. Był to bezdrzewny skrawek zieleni, upstrzony kilkoma polnymi kwiatami, na środku, którego leżał zwalony, stary pień. Jednak co najbardziej interesujące, na tym właśnie pniu stała smukła istota o długich, potarganych przez wiatr włosach, która delikatnie poruszała kończynami w rytm odległej muzyki. Chłopak zapatrzył się przez chwilę na ten surrealistyczny obrazek. Dopiero po chwili oderwał oczy od dziewczyny i wyjął telefon, ponownie wybierając numer przyjaciela.
- Znalazłeś ją? – usłyszał głos.
- Tak – szepnął, znowu spoglądając na Jack, która jeszcze nie dostrzegła jego obecności, a przynajmniej nie dawała tego po sobie poznać. – Znalazłem ją na polanie w lesie, jakieś kilkaset metrów od domu.
- Czemu szepczesz?
- Zayn, wydaje mi się, że ona tańczy – Niall przekrzywił lekko głowę, próbując poddać ocenie sytuację.
Brunet nie potrafił znaleźć słów, aby sensownie na to odpowiedzieć.
- Co mam robić? – spytał Irlandczyk. Nie wiedział, czy lepiej będzie pilnować jej z odległości, czy po prostu do niej podejść.
- Nie wiem – usłyszał cichy głos Zayna. – Za kilka minut będziemy na miejscu.
- Powiedz mi, co mam robić, proszę cię, przecież ja jej praktycznie nie znam. Jak mam się zachować? – Niall zaczął panikować. Wizja czekania nawet tych kilku minut na przyjazd Zayna, w czasie, gdy tutaj może się zdarzyć cokolwiek, napawała go przerażeniem. Po raz pierwszy poczuł strach tego rodzaju, strach, towarzyszący odpowiedzialności za bezbronna istotę.
- Zatańcz z nią – usłyszał krótką odpowiedź.
 
- Jack!
Usłyszała czyjś głos. Podniosła głowę i ujrzała blond czuprynę i uśmiechniętą, przyjazną twarz.
Niall. Znała go. Ucieszyło ją to tak bardzo, że posłała mu pełen wdzięczności uśmiech. Teraz należał do jej Pamięci, którą w końcu zaczynała kontrolować.
 
Niall zrozumiał, jak bardzo bał się do tej pory dziewczyny, właśnie teraz, kiedy uśmiechnęła się do niego, a z serca spadł mu ciężar wielkości głazu. Czuł jak szybko bije jego serce. Jednak widok Jack, całkiem inny niż podczas jazdy samochodem do Goodwood, pozwolił mu trochę się odprężyć. Chłopak odwdzięczył się jej uśmiechem.
 
Wyciągnął rękę w jej stronę.
- Czy mogę prosić cię do tańca? – To pytanie padło niespodziewanie z ust chłopaka. Jack przymknęła na chwilę oczy. Jakie skojarzenia niosło ze sobą słowo „taniec”? Pamiętała tańczącą Nicość, ale… miała jeszcze jedno wspomnienie. Obraz tańczących i roześmianych rodziców pojawił się w jej umyśle, przyćmiewając swoim blaskiem czarną aurę wspomnień o Nicości. Pamiętała, jak siedziała w fotelu, obserwując szczęśliwą parę, która świętowała swoją rocznicę ślubu. Przyklaskiwała im co jakiś czas, a oni śmiali się jeszcze bardziej. Byli szczęśliwi. Jack też była.
Otworzyła oczy i położyła rękę na dłoni Nialla.
 
W tej części lasu, muzyka, która wcześniej wydawała się przytłumiona, tutaj była o wiele wyraźniejsza. Niall miał wrażenie, że kojarzy wygrywaną melodię. Była to jakaś subtelna ballada, która nie wiadomo czemu skojarzyła mu się z jego mamą. Może to fakt, że miał zamiar tańczyć, czego nauczyła go właśnie ona lub to, iż lubiła płakać przy smutniejszych kawałkach. Było to w tamtej chwili zupełnie nieważne. To co się liczyło, to fakt, że znowu poczuł się, jakby był małym dzieciakiem, a ta muzyka otulała go i uspokajała, niczym matka każdej nocy przed zaśnięciem. W tamtej chwili, oboje zanurzeni we własnych wspomnieniach, zaczęli tańczyć. Niall trzymał mocno dłoń dziewczyny, drugą kładąc na jej plecach. Robił delikatne kroki, aby Jack nadążała. Będąc tak blisko niej, słyszał jej równy oddech. Właśnie wtedy, kiedy tańczyli  samotnie w cieniu drzew, w końcu zrozumiał Zayna. Zrozumiał jego miłość.



***
Zayn zostawił wszystko i pobiegł prosto do drzew, piętrzących się na skraju północnej części ogrodu Tiffany. Biegł, ile sił w nogach. Nie wiedział, gdzie dokładnie są, ale nie potrafiłby spokojnie iść. Z łomoczącym sercem przebiegał kolejne metry, aż w końcu musiał przyznać, że się zgubił. Zadzwonił do Nialla, niecierpliwie, drapiąc się po brodzie.
- Idę do was, tylko nie wiem, gdzie dokładnie jesteście. Zawołaj mnie, kiedy się rozłączę – powiedział na wstępie.
- Dobra – odrzekł tamten.
Przez kilka sekund panowała nieznośna cisza i nagle usłyszał głos Nialla. Szybko przemierzył dzielącą go odległość od polany i zatrzymał się, ciężko oddychając, kiedy dotarł do celu. Zobaczył przyjaciela i Jack, tańczących razem wśród cichego akompaniamentu delikatnej melodii. W mieście odbywał się dzisiaj festiwal muzyki, o którym wspomniała mu Tiffany w drodze do sklepu. Aż stamtąd, dźwięki niosły się do tego cichego zakątka. Zayn przygryzł wewnętrzną stronę policzka, bez względu na wszystko, czując ukłucie zazdrości. Wiedział, że Niall niczemu nie był winny. To było bezwarunkowe. Zdecydował się do nich podejść. Niall zauważył, jak się zbliża, więc zatrzymali się. Brunet podszedł do przyjaciela i szepnął mu coś do ucha. Tamten tylko skinął kilka razy głową, uśmiechnął się i puścił dłoń dziewczyny, żegnając ich krótkim „do wiedzenia”.

Stał przed nią. Miał na sobie czarną koszulę i tak samo ciemne spodnie. Jednak nie przeszkadzało jej to, ponieważ wiedziała, że jego serce ma najpiękniejsze kolory świata. Kosmyki jego włosów opadały nisko na czoło, nachodząc na jego gęste brwi. Spojrzenie brązowych oczu, zatrzymało się na jej twarzy. Uchwyciła się, więc tego wzorku. Patrzyli na siebie przez kilka sekund, a przez umysł Jack przebiegały kolejne obrazy. Tym razem dotyczyły Zayna i pozwoliły dostrzec dziewczynie, jak wiele ten chłopak dla niej zrobił. Ten obcy chłopak, który pewnego dnia postanowił jej pomóc. Tak po prostu. Nie wiedziała, dlaczego, ale była wdzięczna, że to był właśnie on, on, który odezwał się do niej, siedzącej przy oknie, zaraz przed tym, jak zemdlała. Kiedy odzyskała przytomność, już wtedy czuła, że coś się zmieniło. Było inaczej. Pamiętała jego głos.

- Dlaczego akurat teraz? – zapytał, zmniejszając dystans między nimi. – Co się zmieniło?
Chłopak usilnie próbował znaleźć odpowiedź w nieprzeniknionym spojrzeniu dziewczyny. Próbował pojąć ten system, w którym istniała i działała Jack, ale nie mógł. Nie potrafił przewidzieć, kiedy coś się wydarzy, czy to będzie dzisiaj, jutro, za tydzień, czy może jakiś przełom zdarzył się trzy dni temu, a on to zignorował lub w ogóle przeoczył. Jack była zagadką, której rozwiązania nie poznał jeszcze nikt. Może takie nie istnieje, a może jest za trudne dla normalnego człowieka. Nie ważne, która z tych odpowiedzi była prawdziwa, jedyne co się liczyło to to, że z każdym dniem ta zagadka o błękitnych oczach coraz częściej wysyłała wskazówki. Dzięki temu Zayn nie tracił nadziei. Liczył dni do poznania długo skrywanego rozwiązania.
- Zatańczmy – powiedział jej wprost do ucha, chwytając zimne jak kamień ręce dziewczyny.
Skinęła głową, a Zayn nie mógł uwierzyć, ile razem przeszli i ile razem osiągnęli. Wiedział, że Jack go słyszy i rozumie, zawsze w to wierzył.
Sceneria pozostała ta sama. Zielone, gęsto rosnące drzewa osłaniały ich przed ciekawskim spojrzeniem świata. Byli zamknięci w swojej małej przestrzeni, wolno krążąc wokół polany. Wiatr porywał kosmyki ich włosów na boki, jakby usilnie chciał im towarzyszyć w tej chwili. Wygrywana muzyka, gdzieś daleko przez kogoś, kto nieświadomie doprowadził do tego wszystkiego, przebywała całą tę odległość i docierała do uszu dwójki, zapatrzonych w siebie ludzi.
Co gdyby tamtego dnia nie było żadnego festiwalu?
Historia Zayna i Jack mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej, ponieważ właśnie wtedy, trzeciego dnia ich pobytu w Goodwood, ta dwójka poczuła, że mogłaby tak tańczyć do końca świata.



czwartek, 30 lipca 2015

19. Tiffany



Spojrzała przez szybę samochodu na rozciągające się przed nią widoki, ujawniając swoje ciche zainteresowanie. Westchnęła, zobaczywszy wielkie połacie zieleni, pozbawione nowoczesnej obróbki w postaci szarych i ponurych budynków mieszkalnych, obrzydliwych fabryk, czy wielkich, przerażających galerii handlowych. Rozpościerał się przed nią świat bez tłumu, hałasu, brudu, pyłu i kurzu. Mimo iż Jack nie wychodziła często ze swojego mieszkania w Londynie, była wdzięczna za to, że właśnie teraz znalazła się w takim miejscu jak to. Poczuła się uwolniona od jakiejś niewidocznej plamy, która zanieczyszczała jej duszę. Oddalona od miejsca, gdzie zakończyła swoją historię z Nicością, poczuła wreszcie coś na kształt prawdziwej wolności. Nagle zdała sobie sprawę, że w Londynie, w którym przebywała, potrafiła jedynie żegnać. Dlatego temu miejscu postanowiła powiedzieć „witaj”, cokolwiek na nią tutaj czekało. Była gotowa na nowe początki.

Dziko rosnące drzewa i krzewy oraz asfaltowa droga, ustąpiły miejsca drzewom owocowym i polnej drodze. W przedniej szybkie kilkadziesiąt metrów dalej można było dostrzec fragment domu. Im bliżej byli, tym większa część budynku stawała się widoczna. Oczom przyjaciół ukazał się średniej wielkości, drewniany dom, z ciemnym i niezbyt szpiczastym dachem. Fragment frontowej ściany został pochłonięty przez bluszcz, który swobodnie zapuszczał się coraz dalej, powoli tworząc kolejną , naturalną warstwę. Białe okiennice kontrastowały z mocnym, ale przyjemnym dla oka brązem desek.
- Jesteśmy na miejscu?  – upewnił się Niall, parkując na podjeździe.
- Tak, to tutaj - przytaknął Zayn, sprawdzając coś ostatni raz w telefonie.
Wysiedli ostrożnie z samochodu. Brunet pomógł Jack wydostać się na zewnątrz. Rozejrzała się dookoła. To samo po chwili uczynił Zayn. Wydawało się, że znajdują się tutaj całkiem sami. Mimo iż teren był nizinny, dopiero gdzieś tam dalej chłopakowi udało się dostrzec inne domy. Już zapomniał o tym, jak było tutaj pięknie.
- Mam nadzieję, że do sklepu nie będzie trzeba jechać kolejną godzinę – mruknął Niall i podrapał się w zamyśleniu po głowie.
- Z tego co pamiętam nie było, aż tak źle – pocieszył go przyjaciel.
Nagły trzask drzwi, zwrócił uwagę wszystkich. Skierowali swoje spojrzenia z powrotem na dom, a konkretnie na jego frontowe wejście, skąd właśnie wyszła kobieta, energicznie wymachując rękoma. Zbliżając się do trójki przybyszów, uśmiechnęła się serdecznie i rozłożyła ramiona, gotowa uściskać każdego po kolei. Tak też się stało.
- Witajcie! – zawołała i podparła ręce na biodrach. Była to kobieta koło sześćdziesiątki, średniego wzrostu. Mimo widocznych oznak starości, jej uśmiech sprawiał, że wydawała się o wiele młodsza. Miała długie siwe włosy, splecione teraz w dwa luźne warkocze. Ubrana była w czerwoną koszulkę oraz ogrodniczki z jasnego dżinsu, które zdawały się zdecydowanie za szerokie w paru miejscach. Jej lewą rękę zdobiła pokaźna ilość kolorowych bransoletek. Jednak to, co zaniepokoiło Zayna, był fakt, że w centralnej kieszeni na klatce piersiowej, przechowywała… papugę. Kobieta wyłapała zdziwione spojrzenie bruneta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż do tej pory. – Bez obaw. Jest wypchana.
- Ach, no tak – odpowiedział ani trochę nieprzekonany chłopak, który jednak zaczynał sobie przypominać o pewnych dziwnych historiach, jakie posiadał z wcześniejszych pobytów w tym miejscu.
- Jeśli mogę spytać, po co pani wypchana papuga w kieszeni? – odezwał się Niall, nie ukrywając swojej ciekawości, co do nietypowej sytuacji.
- Mój kot ma niesłychaną słabość do polowania na Felicitę – wypowiadając imię, wskazała palcem na ptaka, patrzącego w dal swymi nieruchomymi oczami. – Chcąc uchronić ją od uszczerbku na zdrowiu, jeśli można mówić o takim, w przypadku martwego zwierzęcia, wzięłam ją z półki i postanowiłam znaleźć dla niej nowe miejsce, kiedy usłyszałam wasz samochód. No i tak oto wylądowała tutaj. – Wzruszyła ramionami, kończąc tym samym historię.
- Hm – podsumował blondyn, powstrzymując się od śmiechu.
- Zanim zapadnie niezręczna cisza, której nawiasem mówiąc, szczerze nienawidzę, przedstawię się. Oczywiście Zayn już mnie zna, choć nie widzieliśmy się szmat czasu! Jednak nie zapominajmy o dwójce nieznajomych, którzy, jestem pewna, nie długo staną się moimi dobrymi przyjaciółmi.  Szanowni Państwo, przed Wami Tiffany Virginia Duff, najlepsza matka dwójki dzieci, którzy gdzieś tam, odnajdują się w życiu i czasem przypominają sobie o swych korzeniach, wdowa po ­mężczyźnie, którego zwykła nazywać najbardziej uroczym nieudacznikiem świata, niesamowicie utalentowana, acz niedoceniona piosenkarka, emerytowana wybitna nauczycielka, za którą płaczą wszystkie dzieci w pobliskich szkołach, a prywatnie występuje pod nazwą darmowego, miejscowego psychologa-amatora. Do usług – dygnęła, niczym średniowieczna dama dworu i machnęła raz i drugi swoimi warkoczami.
Niall potrzebował chwili czasu, żeby przyswoić te wszystkie informację, a także wyjść z osłupienia, w jaki wprowadziła go ta niezwykle żywa osobowość. Nie tego spodziewał się z opisu, jaki zaserwował mu w skrócie Zayn. Nie przygotował go na taką radosną, ekscentryczną i pełną entuzjazmu ewentualność. Spojrzał przez chwilę na niepewnie przestępującą z nogi na nogę Jack i pomyślał, że w zasadzie może wyjdzie im to na dobre. Zayn przedstawił dwójkę przyjaciół, dłużej zatrzymując się przy opisie dziewczyny. Tiffany przyglądała jej się z zainteresowaniem, jakby właśnie odkryła nowy gatunek zwierzęcia, który chętnie by wypchała i postawiła na półce, ku uciesze swego kota. Matka Zayn’a już kilka dni wcześniej zadzwoniła do niej i wyjaśniła sytuację, jednak ona chętnie usłyszała wersję z ust młodego mężczyzny. Skinęła głową, kiedy skończył i wskazała ręką frontowe drzwi.
- W takim razie, zapraszam do środka – powiedziała i zaproponowała swoją pomoc w noszeniu bagażu, jednak chłopcy szybko zapewnili ją, że w zupełności sobie sami poradzą. Za to poprosili Tiffany, aby zajęła się Jack, która wyglądała, jakby zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Starsza kobieta wesoło wzięła dziewczynę pod ramię i od razu zaczęła opowiadać jej jedną ze swych historii, w ogóle nie zwracając uwagi, czy wzbudza to u jej towarzyszki jakiekolwiek emocje.
Kiedy się oddaliły, Niall i Zayn ruszyli w stronę bagażnika, gdzie wcześniej tego dnia schowali bagaże.
- To będzie interesujące – stwierdził blondyn, sięgając ręką po swoją walizkę.
- Zdecydowanie – zgodził się przyjaciel, wyciągając dobytek swój i Jack.
Przekraczając próg domu, spojrzeli na siebie, jakby oboje pomyśleli o tym samym. Dopadło ich uczucie o czymś nadchodzącym i nieuniknionym. Coś się miało tutaj stać. Wyglądało na to, że obaj to „coś” poczuli. Podświadomie wyprostowali się i przybrali stanowczy wyraz twarzy. Czekała na nich nowa przygoda. Gdzieś w głębi domu, usłyszeli stłumione dźwięki zegara-kukułki. Było południe. Zayn pierwszy zrobił krok do przodu.


***

Wieczorem wszyscy znaleźli się w kuchni i popijali gorącą herbatę z miodem i cynamonem. Jedynym źródłem światła była mała lampka, która zwisała tuż nad stołem, przy którym zasiedli. Ich siorbaniu, towarzyszył jedynie szum drzew na zewnątrz oraz subtelne tykanie zegara wewnątrz domu. Przyjechali tu dopiero kilka godzin temu, ale wydawało się, jakby znaleźli się na jakiejś odległej wyspie, gdzie czas nie działa tak jak w rzeczywistości. Wszystko jakby zwolniło, nabrało kolorów. Chociaż pewnie nie byli tego świadomi, cała trójka wydawała się spokojniejsza i jakby oddychała z ulgą. Znaleźli przystań, tak właśnie by to ujął Zayn. Podziękował w duchu swojej mamie za to, że przypomniała mu o tym miejscu, a przede wszystkim o Tiffany Virginii, która była tak ciepłą, uprzejmą i pozytywną osobą, że trudno byłoby znaleźć kogoś, kto by jej dorównał. Nie omieszkał również zauważyć, że tych cech tak bardzo potrzebuje Jack w swoim życiu. Doświadczenie znajomości z taką właśnie osobą, będzie idealną okazją dla dziewczyny na to, by jeszcze bardziej otworzyć się na świat i ludzi, którzy ją otaczają. W tamtej chwili był pełen nadziei. Mieli dobry start.
- Stary, już żałuję, że będzie tutaj tylko pięć dni. To miejsce wydaje się dosłowne magiczne – wyszeptał Niall i uśmiechał się bardziej do swoich myśli niż do Zayna.
- Miło mi to słyszeć – odpowiedziała mu kobieta, która wydawała się mieć słuch doskonały. Mimo iż była zajęta przyrządzaniem kolacji, nie umknęły jej uwadze słowa Irlandczyka. Odwróciła się w ich stronę i postawiła na stole talerze pełne kanapek różnego rodzaju.
- Jedzcie, proszę. Pozwólcie, że ja pozostanę przy herbacie. Nie przepadam za wieczornymi posiłkami – uśmiechnęła się i usiadła przy stole wraz nimi, przysuwając w swoją stronę cukiernicę.
Niall sięgnął po talerzyk dla siebie i zgarnął jedną z kanapek. Kilka sekund później zajadał z apetytem, rozkoszując się nie tylko smakiem białego sera ze szczypiorkiem, ale także tą krótką chwilą zwyczajnego, czystego szczęścia. Dawno się tak nie czuł. Uświadomił sobie, jak bardzo mu czegoś takiego brakowało.
Zayn bardziej rozważnie podszedł do sprawy. Wziął dwa talerzyki: jeden dla siebie, drugi natomiast postawił przed Jack. Przysunął kanapki  w jej stronę i nawiązał z nią kontakt wzrokowy.
- Którą chcesz? – zapytał. Jack spojrzała na jedzenie, jakby rzeczywiście ją to zainteresowało. Tiffany patrzyła uważnie na poczynania młodej dziewczyny. Ta dopiero po dwóch minutach ciszy, wyciągnęła wolno rękę i wybrała upatrzoną kanapkę, następnie kładąc ją na swój talerz.
- No, no – odezwała się kobieta. – To była szybka decyzja.
Zayn i Niall się uśmiechnęli.
- No tak, Jack do zdecydowanych i stanowczych osób raczej nie należy – odpowiedział Zayn, nakładając sobie kilka kanapek.
Jack podniosła głowę i spojrzała badawczo na bruneta. Wyglądała tak, jakby miała mu za złe to, co przed chwilą powiedział. Zayn omal się nie zakrztusił.
- Bez urazy, Jack. Serio, przepraszam, to tylko żarty – szybko dodał i przygarbił się, wlepiając spojrzenie w stół, jednak nadal lekko się uśmiechał.
Dalsza część kolacji minęła im w spokoju, przy akompaniamencie śmiechów i rozmów Tiffany, Niall’a i Zayna oraz tajemniczej ciszy Jack.

Stanowcza i zdecydowana, taka właśnie się stanie. Jack postanowiła dłużej nie zwlekać. Wzięła głęboki wdech i przeszła korytarzem swojej wyobraźni do pokoju, który do tej pory był zamknięty. Wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi, na których wisiała tabliczka „zmiany”. Z zaciętym wyrazem twarzy otworzyła je. Musiała aż zmrużyć oczy, ponieważ światło, tkwiące tam do tej pory, rzuciło jaskrawy, mocny, ale przede wszystkim przyjemny blask na jej twarz.

- A to jest właśnie twój pokój – właścicielka domu, właśnie pokazywała Jack pomieszczenia, prowadząc ją wolno pod rękę. Mimo stanu w jakim znajdowała się dziewczyna, Tiffany to nie przeszkadzało, co zresztą przyjęła z ulgą. Wcześniej martwiła się trochę tą sytuacją, nie wiedziała, czy sobie poradzi. Znowu.
Tak, Tiffany Virgina Duff miała już doświadczenie z problemem zamknięcia się w sobie. Jej syn, teraz już trzydziestoletni niezależny podróżnik, w wieku 11 lat zaniemówił. Najgorsza była świadomość, że nie istniała żadna zdrowotna przeszkoda, uniemożliwiająca mu porozumiewanie się. Po prostu przestał mówić. Oczy zapiekły ją od samego myślenia o tej sprawie sprzed lat. Na szczęście na ich drodze stanęła wspaniała pani doktor, która wprowadziła rodzinę w zagadnienia chorób i zaburzeń psychicznych. Razem odnaleźli źródło odcięcia się od rzeczywistości Steven’a i zdołali odzyskać swojego syna. Kiedy więc zadzwoniła do niej Trisha, mama Zayna, nie potrafiła odmówić. Nawet jeśli miała wątpliwości, chciała jakoś pomóc. Chodząc tak teraz z Jack, czuła się jakby stał obok niej on, nie ta piękna, zagubiona dziewczyna, ale jej malutki synek, który swoimi błękitnymi oczami próbował wyrazić to, czego nie mógł powiedzieć. Więc kiedy pokazywała Jack pokój Steven’a, kilka łez spłynęło jej po pomarszczonych policzkach. Szybko je starła.
- Proszę, twoje łóżko – puściła jej ramię i pozwoliła, aby dziewczyna sama się rozejrzała po pokoju. Obserwowała jak Jack wolno podchodzi do ogromnego okna, zajmującego niemal jedną trzecią ściany, i przygląda się granatowi nieba, na którym jarzyły się pojedyncze plamki gwiazd, a w ich centrum rogalikowa postać Księżyca. Dziewczyna stała i patrzyła jak zaczarowana, w tym samym czasie Tiffany wyciągnęła z jednej z szuflad kilka rzeczy, które wcześniej przygotowała dla swojego specjalnego gościa. Podeszła do brunetki i położyła jej dłoń na ramieniu. Jack wzdrygnęła się i spojrzała na kobietę, stojącą obok, obserwującą niebo z oczami równie rozmarzonymi jak jej.
- Przygotowałam dla ciebie kilka małych podarunków, które, mam nadzieję, ci pomogą – zaczęła starsza pani. – Po pierwsze, słyszałam, że piszesz na kartkach to, co chcesz powiedzieć. Dla tego – tu zatrzymała się, by wybrać odpowiedni przedmiot. W prawej dłoni trzymała jaskrawoniebieski prostokąt wielkości zeszytu w formacie A4 w środku, którego był biały obszar, po bokach zaś miał kilka guzików. – Znikopis. Wiem, że to dla dzieci i rozumiem, że kolor nie jest najdelikatniejszy, ale myślę, że świetnie się nada, jeśli chciałabyś coś przekazać któremukolwiek z nas, ponieważ… - w tym momencie wyciągnęła z boku tabliczki przyczepiony do niej długopis i narysowała szlaczek. Po chwili przesunęła guzik obok i napis zniknął. – jak widzisz można szybko i sprawnie się nim posługiwać bez używania czegokolwiek innego. Jednak, gdybyś nie była przekonana do tego sposobu, kupiłam także kilka notesów oraz zapas ołówków i długopisów. – To mówiąc postawiła na parapecie kolejne rzeczy. – Co tu jeszcze mam… aha! Mój zapasowy telefon komórkowy. Ale to chyba akurat przekażę Zayn’owi, bo on ci to lepiej wytłumaczy i może przekona do jego używania. Naprawdę czułabym się o ciebie bezpieczniejsza z myślą, że wiesz, jak nas zaalarmować, jeśli coś złego by się działo. I ostatnią rzeczą, jaką pragnę ci teraz dać, jest ta płyta.
Aluminiowy krążek odbił mdłe światło żarówki w pokoju, a na jego powierzchni pojawiły się kolory tęczy. Kobieta trzymała go między palcami tak delikatnie i z namaszczeniem, jakby był czymś więcej niż tylko przedmiotem codziennego użytku.
- Pewnie zastanawiasz się teraz, co w niej jest takiego niezwykłego? Otóż, moja droga, masz przed sobą jedną z najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Nagrany został na niej moment, w którym mój czternastoletni syn po trzech latach milczenia znowu się odezwał. A oto co chcę Ci teraz powiedzieć. Schowam tę płytę, ale ty masz do niej dostęp, kiedy tylko zapragniesz. Możesz do mnie nawet przyjść w nocy o trzeciej nad ranem, a ja wstanę i bez słowa puszczę ci to nagranie. Nie mam pojęcia, co teraz myślisz. Może ten pomysł wydaje się głupi i bezsensowny, a może nie. Wybór należy do ciebie, bo ja jestem gotowa ci udowodnić właśnie tym filmikiem, że wszystko, dosłownie wszystko jest możliwe. Mój Steven dużo mi  później opowiadał, co się z nim działo wciągu tych trzech lat i jestem pewna, że być może już niedługo i ty, jeśli tylko zechcesz, podzielisz się swoją historią ze swoimi bliskimi. To tyle, Jack. Dobranoc.

W pokoju jakby nagle światło przygasło. Lecz żarówka nadal świeciła tak samo jak przedtem. To po prostu Tiffany stąd wyszła.

***
Zayn wyszedł na zewnątrz i oparł się o drewnianą barierkę. Wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał numer z listy kontaktów. Po dwóch sygnałach usłyszał, że ktoś odbiera połączenie.
- Mamo, nie wiedziałem, że syn pani Tiffany przeżył praktycznie to samo co Jack. Teraz rozumiem, czemu tak nalegałaś, żebyśmy przyjechali właśnie tutaj. Dziękuję.
- Od tego są matki, żeby się na coś przydawać. Tylko dzwoń do mnie i pamiętaj, żeby zdawać mi raporty, jeśli zdarzą się jakieś kolejne przełomy i sukcesy.
- Jasne, będę cię informował na bieżąco – obiecał. - Dlaczego nie powiedziałaś mi tego przed wyjazdem?
- Uważam, że o takich historiach powinno się dowiadywać z pierwszej ręki, od osób bezpośrednio w to zaangażowanych. Ja i tak nie potrafiłabym tego przekazać w sposób w jaki zrobiła to Tiffany. Mam rację? – zaśmiała się cicho.
Brunet westchnął.
- Pewnie masz, mamo. Rozumiem i jeszcze raz dzięki za wszystko. Pozdrów ode mnie całą rodzinę  - poprosił.
- Pozdrowię – zapewniła go kobieta.
- To dobranoc. Śpij dobrze – pożegnał się.
- Dobranoc i powodzenia. Przerwij w końcu to jej milczenie.
- Tak zrobię.